Kto zapłaci za gospodarkę a’la PZW |
Mija rok od zjazdu PZW. Mija rok od czasu, w którym zwróciliśmy uwagę i poprosiliśmy naszych delegatów, aby zaczęli ratować nasze wody. Co się wydarzyło przez ten rok? Na pewno ubyło ryb w naszych łowiskach.
W sierpniowym wydaniu WW w rubryce Nasze PZW czytamy o sukcesach łomżyńskich działaczy PZW po utracie 75% członków, którzy odchodząc ze związku pokazali, jakie mamy wszyscy przywiązanie do tegoż Stowarzyszenia. Przywiązanie takie, jakie mamy rabaty w opłatach za wędkowanie. Obudzili się działacze, chcąc odzyskać byłych członków i pieniądze dotychczas płynące ze składek. Zdali sobie sprawę, że wędkarzy przyciągają rybne łowiska a nie zawody, zebrania, prace społeczne i w ogóle dzialność w stowarzyszeniu. Tylko że jak zwykle obudzili się za późno.
Opisane w tym samym artykule sukcesy działaczy z Ostrołęki, którzy dzięki przyłączeniu do okręgu Mazowieckiego dostali nagle dużo materiału zarybieniowego. Jakoś nie widać skutków tej siły Okręgu Mazowieckiego w Wiśle, Zalewie Zegrzyńskim i innych wodach, w których z przekazów przeciętnych wędkarzy dalej ubywa ryb.
Chwali się nasz Zarząd Główny, że PZW przyniósł dochód w roku 2005. Ja się jednak zapytam – czy przeciętny wędkarz odczuwa poprawę stanu wód? Nie, jest dokładnie na odwrót.
Zarząd Główny martwi się, że powstaje bariera ekonomiczna w związku z koniecznością płacenia więcej niż jednej składki okręgowej, jeżeli dany wędkarz chce łowić w wodach innego okręgu. Martwi się, że to może zniechęcać nowych członków do wstąpienia w szeregi PZW. Czyli daje sygnały zupełnie sprzeczne potrzebom podnoszenia składek i lepszego zagospodarowania wód. Dla kogo to robi ZG? Odpowiedź nasuwa się sama. Dla emerytów, którzy mając najwięcej czasu najbardziej eksploatują wody. Dla mięsiarzy, którzy przeliczają składkę na mięso. Dla swoich kolegów – przysłowiowych „dziadków”. Żadne przyszłościowe myślenie nie zaświta do głów pokrytych siwizną. Jak to pisał prawie rok temu mój serdeczny kolega Rysiek: ..."Na mój gust, działacz, który ulega presji Kazika z Pcimia czy Józwy z Trzewujewa, nie jest działaczem tylko popaprańcem. Nie po to obdarzono go mandatem zaufania, aby był marionetką gumofilcy z legitymacją członkowską PZW."....
Będzie dalej tanio i byle jak. Zarządowi trzeba kupić kalkulator. Albo lepiej – jakiś program do obliczeń. Dalej nie rozumieją, że w interesie PZW jest rezygnacja z tych członków, którzy najmniej płacą a najwięcej wyławiają ryb, chyba że się dostosują do realiów i będą płacić równo ze wszystkimi. To chyba zbyt trudne do pojęcia dla panów - nieraz z tytułami doktorskimi (wątpliwej wartości). Nie wpadnie im też do głowy, że młodzież do wędkarstwa przyciągać będą nie zawody, prace społeczne w towarzystwie dziadków palących „Mocne” bez filtra. Młodzież przyciągnąć mogą tylko rybne łowiska, na które pojadą z rodzicami. Ale taka dedukcja to też zbyt trudne zadanie dla starszych panów z ZG z Radą Patronacką na czele.
Bilans ekonomiczny PZW jest dodatni. Na papierze i w pieniądzach. Tylko kto za to płaci? Wiadomo, płacą ci co łowią średnio 30 dni w roku albo mniej. To oni składają się na „dziadków”, którym koledzy z zarządów organizują tanie wędkowanie, kilo rybki za złotówkę. Płacimy my wszyscy, domagający się zmian sposobów rozliczania składek, domagający się gospodarowania z uwzględnieniem kosztów utrzymania rybnego łowiska, a nie bezrybnego.
NAJWIĘCEJ ZA BŁĘDY I GŁUPOTĘ LUDZI PŁACI PRZYRODA. Kosztem degradacji wód gospodaruje PZW i uchwala sobie dodatni bilans kosztem wód. Przyroda płaci tyle, o ile za mało PZW wkłada pieniędzy w zagospodarowanie wód. O tyle, ile z tych wód wybiorą ryb siatami. Przyroda płaci za mięsiarstwo i kłusownictwo. Płaci od lat. Co roku brakuje konkretnej kwoty pieniędzy, która powinna być wydana na zagospodarowanie wód. Ile płaci przyroda - trudno mi powiedzieć czy to jest 50 mln złotych rocznie, a może 150mln rocznie... Brakuje jednak konkretnej kwoty, która rośnie z roku na rok. Kwoty, którą wielu wędkarzy już dziś deklaruje się zapłacić, aby nasze łowiska odratować i w przyszłości płacić mniej niż 100zł dziennie na łowisku specjalnym. Kwotę, którą zapłaciłoby większość wędkarzy bez mrugnięcia okiem, jeśli uwierzyliby w uczciwość działaczy, widzieliby dobre efekty w postaci ryb w wodzie i własnych lepszych wyników wędkarskich. Jesli dziś musielibyśmy wydać np. po 300zł, to za rok już będzie np. 400 a za kilka lat rządów miłościwie panujących będziemy musieli składać się może aż po 1000zł, i to w optymistycznej wersji - jeśli dalej będzie nas pół miliona. Przez takie publikacje, mówiące wprost że działaczom zależy na utrzymaniu obecnej taniej bylejakości kosztem wód - otwierają się oczy tym, którzy potrafią czytać między wierszami peanów na cześć obecnych władz. Kiedyś zapłacimy za to i będą to tak duże pieniądze, że stać nas będzie na tydzień wędkowania rocznie. Nie więcej.
Podstawowe medium PZW jakim są WW dalej mami propagandą sukcesu, wypowiedziami rzecznika ZG. A wody dogorywają.
Wnioski? Nasuwa się jeden, ale niepopularny. Samemu trudno by mi było się do niego zastosować. Czy jedynym impulsem do zmian będzie całkowite wyrybienie wód? Może powinniśmy przez najbliższe lata zamordować wszystko, co nam wejdzie na hak? Jakaż terapia wstrząsowa jest potrzebna władzom PZW? Elektrowstrząsy?! Co musi się wydarzyć, żeby przy następnych wyborach obecna reprezentacja wędkarzy nie musiała zgasić światła i wyprowadzić sztandaru? Po którym to fakcie pozostaną nam tylko puste wody, kilka łowisk specjalnych po 100zł za dniówkę albo wycieczki zagraniczne... Innych wniosków lepszych - nie ma. Żadne tam angażowanie się osobiste. Po co? Żeby się ośmieszyć chyba. Poza tym nie mamy na to czasu. Praca, rodzina, codzienność... I coraz bardziej puste wody, powroty o kiju z tych nielicznych przecież wypraw wędkarskich. To nam szykują obecne władze. Wydoją ten związek do ostatniej złotówki, ostatniej ryby i przekażą władzę i odpowiedzialność za puste łowiska w młode frajerskie ręce. Tylko że młodzież już dziś nie taka głupia, jak to się wydaje panom działaczom PZW.
Osobiście mam gdzieś to, że emerytów czy bezrobotnych nie byłoby stać na hobby, że za swoje 200 dni na rybach musieliby zapłacić 3 tys zł albo więcej. Niech płacą! I niech płacą za ryby po minimum 10zł za kilo, żeby przestali dla całej kamienicy te pulpety w occie z leszczy robić. Niech zapłacą za wybranie zarządów, to ich koledzy nie nasi. To oni mają czas chodzić na wybory, żeby zagłosować na kolegów, którzy dostarczą im karpia, za którego zapłacą wszyscy po równo a najwięcej zdegradowane środowisko wodne. Niech płacą jak każdy, bez niesprawiedliwych zniżek. Niech płacą za łowiska tak jak my, którzy nie dośc że nie bierzemy tyle ryb, to wydajemy 50 albo i 100 zł na benzynę dziennie, żeby nie spotkać kolejny raz tych samych gości z siatą pełną ryb koczujących nad wodą od maja do listopada. Koczujących non-stop z przerwami na odwożenie worów z rybami w celu zapakowania ich w słoiki. Płoć opiekana, pulpety z wzdręgi, zamrażalniki pełne filetów z półmetrowych szczupaków i sandaczy. Kleń mielony dla kota, zupka z okonia. Za nasze pieniądze, kosztem wód. I my płacimy, płacą wody. A bilans roczny PZW jest dodatni. Jak zwykle, na papierze. Bezczelność.
Inne tego autora: Tomek Płonka » więcej...















Dyskusje i recenzje
Dariusz Krystosiak
31.07.2006 16:42
Maciej Dąbrowski
30.07.2006 19:19
Andrzej Trembaczowski
30.07.2006 12:21
Piotr Łopaciński
30.07.2006 11:38
piotr mielniczek
29.07.2006 00:32