Lewe menu

Filtry

Humor»

Ocena: 3,5 Ilość ocen: 3

Różnica

Jaka jest różnica między blondynką a Ferrari?
- Ferrari nie pożyczyłbyś byle komu.

Różnica
  • Obecnie 3,5 z 5.
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Ocena: 3,7/5 (3)

Dziękujemy za Twoją ocenę!

Ty już oceniałeś/aś tę stronę, oceny można dokonywać tylko raz!

Twoja ocena została zmieniona, dziękujemy za ocenę!

Hyde Park»

Czapek

Juz mnie chłopcy bierze chrapka,
by napisać coś na CZapka..
Ale niczym wiarus stary
ubiegł w dziele mnie Hilary:
rymem młóci jak pałaszem
i Czapkowi dmucha w kaszę!
Biedny Czapek,pod tym gradem
ma trudności z rymów składem
zatem milczy ! Ani słowa!!!
Czapku, gdzieżeś nam się schował?

czapek
  • Obecnie 5 z 5.
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Ocena: 5/5 (4)

Dziękujemy za Twoją ocenę!

Ty już oceniałeś/aś tę stronę, oceny można dokonywać tylko raz!

Twoja ocena została zmieniona, dziękujemy za ocenę!

Szukaj

Reklama

Latem..

Ocena: 5,75 Ilość ocen: 4Ocena: 5,75 Ilość ocen: 4Ocena: 5,75 Ilość ocen: 4Ocena: 5,75 Ilość ocen: 4Ocena: 5,75 Ilość ocen: 4Ocena: 5,75 Ilość ocen: 4  hit
Ocena: 5,75 
Ilość ocen: 4 
 Ilość wyświetleń: 3332 
Komentarzy: 5 
ID: 22072 
Węzeł: 15118 

Słońce upadło na ziemię, nic już nie ma cienia. Z pamięci jeszcze obrócę się wtedy i pójdę w górę prawym krajem Skawy. Przestronniej teraz nad wodą - po cichu. Dla miejscowych jeszcze za gorąco, wcześnie, bez sensu.. I choć to według nich najlepiej stroić wędkarski czas, i miejsce - dziś zostawię to; bez żalu mijając najlepsze „parcele”.

Ta moja dzisiejsza wędrówka nie wzięła się „znikąd”, więc także nie od razu; ułożyłem ją z wielu lat, poskładałem z tego, co najlepsze: posiwiałej rzeki, setek wschodzących zachodem żółtych słońc, z listopadowego deszczu, który moczy nogi i tego letniego – „z kofeiną”, z zagiętych wędek, lepszych myśli, z pamięci..

..Najpierw koślawo po białawych od światła kamieniach, potem „w miejscu” po rozżarzonych *prostych-kątach* pól gdzie każdy krok jest tym samym krokiem – krokiem poprzednim i krokiem następnym - gdzie cała uwaga ucieka nagle spod stóp, „rozjeżdża się” szeroko i człowiek nie idzie już, by gdzieś dojść, a jedynie, uparcie, wciąż podnosi stopy żeby nie stanąć - nie dać się temu.. Przede mną teraz 50 metrowy, nie zwykły (napisałbym – „bardzo dobry”, gdyby nie niedające się opisać odczucie, które się w tym momencie pojawia. Toteż, „bardzo dobry” jest prawdą, ale z gatunku tych „nie do końca”) – odcinek. Dalej nigdy nie szedłem, więc jestem bardzo blisko..

Po wygarbionym na jakieś trzy metry brzegu biegnie wąski chodnik, zabudowany precyzyjnie zielonym tunelem z roślin; wygląda to tak, jakby same z siebie rosły w ten kształt. Z wnętrza korytarza, co trzy na oko metry, odchodzą poprzecznie ciasne dróżki, prowadzące do tak samo ciasnych, maleńkich miejscówek ze spokojną i przy tym brzegu najgłębszą rzeką; tutaj warto rzucić denkę..

Ten kawałek rzeki, od dawna - od kiedy pamiętam, (chociaż, zapamiętałem go najdziwniej: jakoś „nie na pewno”) - ciągnął do siebie, jakby „zmienionych” wędkarzy...
Pierwszym razem trafiłem tu w 90-tym lub 91, też latem, choć nie tak upalnym; szukałem wtedy kleni; a te, najfajniej łowi się idąc; z długą, lekką wędką – na owoce.. Ale to miejsce już wtedy nie dawało się minąć. Jak gdyby nie było po drodze i dalej nie można – a raczej – nie trzeba było iść. To dziwne, bo czułem to za każdym razem, bez wyjątku, podczas tych kilkunastu lat.

50 metrowy, bardzo dobry odcinek:
- Śpiij – lepko ziewnął znajomy wiatr.
- Śśśś – powtórzyły za nim. I znowu – Dokąd chcesz iść? – tuliły.
W jednej ogromnej chwili rzeka poczęła gęstnieć, ścinać się, skorupieć. I codzienne słońce, którego nikt nigdy tu nie widział, nagle usiadło mi na karku i zakołysało mną leciutko. Potężny prąd sczerniałej Skawy zacinał ją w kawałki, odłamywał z jazgotem i unosił na mgnienie, poczym kruszył zduszone o dno...
Stopy zasypywała mi wrząca puchata biel - jakbym wsadził palec w słońce.
Spojrzałem w niebo - przytrzymując wtulone słońce, – ale nie było go tam. I pomyślałem coś wtedy ze smutkiem o sobie.. Na to życzenie stanął przede mną białoskrzydły czart z brudną księżyca gębą, skłonił się unosząc i położył na moich kolanach to, co zawsze chciałem mieć..
- Patrz – zaśpiewał siny anioł i w jego czarnych, zamarzniętych oczach zobaczyłem wszystko, co widuje się po raz pierwszy..
I uderzył we mnie rozszalały wiatr, wonią tysiąca najrzadszych chwil..

Może po czterech kilometrach, – więc teraz, i nagle – tutaj, kończy się moja pamięć. Nie zawraca jak kiedyś, nie odmienia się, ale właśnie wyczerpuje. Także ta najstarsza, zastana, z białą wodą, miejscami rdzewiejących ryb – zanikła..

O „krok” od tego:

..Jestem tu pierwszy raz, ale miejsce mam tak dokładnie wymyślone, że poznałem je od razu: rzeka napina się. Pochylona. Płynie łukiem, płytka teraz – trochę wody i żwir; jak równo strzyżony trawnik – woda po żwirku. Za chwilę, od lewego (brzegu) głębieje, dzieli na cztery – odnogi – palce, z pomiędzy głazów zwykłych, jednakowo-różnych, lnianych – tym zaświeceniem – „abakanów”, raczej wrosłych – niesterczących. Turla się, podskakuje, ciągnie prosto na mnie. Moczy do pasa. Mija. Pędzi na prawo, dobija (w brzeg). Wtedy zapada, supli, gniecie się godzinę, obraca. Potem – dalej (cała) mosięży, złoci-żółto, poskrzypia zakręty; głębsze – leszczy.
Jestem sam. Stoję tu tak odludnie, że mógłbym mieć na nogach ostrogi..
..Glina już w prądzie – furczy. Kulami. W ścieżkę. Widzę jak kopci warkoczem – dobre cztery metry.
..Wędka, grafitowa, twarda, szóstka, i do niej – cieniutka, bardzo mocna (niesamowita) żyłka – ni mniej ni więcej: 5,5 metra, w jednym, napiętym kawałku. Na tym leciutka korkowa bryłka. Dalej – już zupełnie nisko – ołowiana kulka. Pod nią (jeszcze) i na końcu (ostro) hak – szesnaście. Wchodzę, ustawiam się; rzeka przy pasku. Przebieram w płatkach za jakimś grubszym, „gumowatym”, na co najmniej trzy śmigi. Jest. Mach. Pyknął korek, chlupnęła kulka, cyknęła kruszynka (Nie - na odwrót, to znaczy - w odwrotnej kolejności: najpierw cyknął płatek, zaraz chlupnął ołów, po nich pyk spławika) – poderwało. Napinam i już poznaję to tempo: mig – metr, mig – trzeci - chwilka. Koniec - i dalej – mach – cyk – chlup –pyk - mig – mig; już. I znów, tak samo, w kółko, nic inaczej. W długiej na pięć metrów świadomości, z wbitym w niebo kijem, Skawa przelatuje przed oczami, ogromna, wszystka, blisko, z bliska.. Gdzieś tam obok, pokątnie, w tej ciasnocie, zapali któreś stare słońce – na błysk – w kawałki, pokruszy sezony, lata, ryby, nie-ryby.

.. Jest już wieczór. Po zachodzie. Chłodno. Jeszcze idę wzdłuż rzeki, ale wracając zaledwie.

Dyskusje i recenzje

Schowaj teksty   
   

Smakowałem z ogromną przyjemnością
Znakomite
Andrzej

Początek

Primum non nocere

piękny, poetycki tekst. .......

Początek

Jarosław Szczepaniak

…tekst. Pobudza wyobraźnię…

Pozdrawiam. Jarek

Początek

Moje drugie ja

że więcej dać nie można. Bo jeszcze mi pachnie

Początek

...i od serca to napisałeś. Pozdr...Piotr

Początek

 
RSS 2.0
PDF
E-mail do moderatorów Wersja drukowalna - Sklep Wędkarski ŻBIK Pomoc Błędy Księga Gości


Reklamy KrokusUrlop: wy-Wczasy.plWędkarstwoOsuszanie ścian - iniekcja krystalicznaPozycjonowanie stron WWWWszywki odzieżowe

Wielki Portal Wędkarski "Rybie Oko" ma charakter otwarty (podobnie jak Wikipedia), każdy może zgłosić chęć współpracy przy jego budowie, obsłudze, zarządzaniu i zostać Moderatorem. Również każdy, kto ma ochotę stać się współtwórcą Rybiego Oka, może wybrać sobie własną grządkę do uprawiania i wspólnie z innymi czynić ją zgodną z własną wizją. Może uczestniczyć w rozwoju konkretnego istniejącego już działu wędkarskiego (np.Filmy, Fotografie, Sprzęt, Humor, Wody, Łowiska, Linki, itp.) lub też stworzyć całkiem nowy. Jeśli lubisz wędkarstwo i pragniesz zostać współtwórcą Rybiego Oka wypełnij ten Formularz listu E-mail i napisz w nim czym chcesz się zająć, i dlaczego właśnie Ty. Aktualne gremium adminów i moderatorów zadecyduje, czy zasługujesz na taką rolę, jeśli jednak masz chęci i choć nieco wiesz o wędkarstwie zapewne masz duże szanse :).