Rybie Oko/Artykuły/Patenty i pomysły/Moja rekordzistka.
Moja rekordzistka. |
Łowienie ryb dostarcza ogromnej satysfakcji, ale jeszcze większej, dostarcza łowienie ich na skuteczne przynęty własnego pomysłu. Dlatego, postanowiłem opisać swoją przynętę na bolenie, która, jak mi wiadomo od wielu kolegów zapoznanych na różnych zawodach, sprawdziła się na „6”.
Boleń - srebrna torpeda. Moja fascynacja boleniem, rybą niezwykle przebiegłą i wyrafinowaną, zaczęła się ponad 30 lat temu, kiedy w prezencie od ojca otrzymałem swój pierwszy spinning i kartę wędkarską. Wtedy to, będąc nad Pilicą, sądziłem, że jeżeli bolenie "biją" niemal na każdej płyciźnie, to taka ryba na pewno nie oprze się pokusie i musi zaatakować moją blaszkę. Po kilkunastu takich wędrówkach, spokorniałem i nabrałem przekonania, że jednak potrzeba jeszcze czegoś więcej. Całymi godzinami siedziałem nad wodą bacznie obserwując żerujące bolenie. Dokładnie widziałem moment ataku, pryskające na boki ukleje, skaczącą po wierzchu rybkę - ofiarę drapieżnika. Z tych obserwacji wywnioskowałem, że boleń najaktywniej żeruje późnym popołudniem i tuż przed wieczorem. Tak, więc wyjeżdżam z domu na z góry zaplanowane łowisko około godz. 17 i zazwyczaj łowię do 21. Na łowisku zachowuję wszelką ostrożność, stąpam bardzo powoli i bezszelestnie, aby nie wzbudzać podejrzeń żerujących uklei, a tym samym, boleni. Nie wykonuję serii niepotrzebnych rzutów. Rzucam dopiero wtedy, kiedy zobaczę sunącą tuż pod powierzchnią wody boleniową torpedę.
Przynętę zawsze podaję kilkanaście metrów wyżej i tyleż metrów dalej. Na sposób podania, boleniowej błystki wpadłem całkiem, przypadkowo, kiedy pewnego razu łowiłem na odcinku rzeki o dość silnym nurcie. Po niezbyt udanym rzucie prąd znosił błystkę wprost na przybrzeżne krzaki. Chcąc temu zapobiec zacząłem szybko zwijać żyłkę. Moja blaszka całkiem się wynurzyła i skokami po powierzchni sunęła w moją stronę, gdy nagle potężne kopnięcie bolenia wciągnęło ją pod wodę. Po ekscytującej walce i wyślizgnięciu ryby na brzeg stwierdziłem, że kotwica blaszki tkwi dwoma grotami głęboko w paszczy półtorakilogramowego bolenia. Tego dnia jeszcze nieraz widziałem bolenie atakujące skaczącą po wodzie blaszkę, jednak tylko jeden w nią trafił, innym po prostu przeskoczyła koło nosa. Było to dla mnie kolejne doświadczenie i powód do wyciągnięcia wniosków. Postanowiłem jakoś udoskonalić tę metodę podawania błystki boleniowej, a przede wszystkim samą błystkę.
Wypróbowałem dziesiątki blaszek o najróżniejszych kształtach i wymiarach i wreszcie odkryłem najlepszy wariant. Obecnie ta najbardziej prowokująca i najłowniejsza wygląda mniej więcej tak: jest zrobiona z blachy chromoniklowej o grubości 1,5 - 3 mm, ma 45 mm długości i szerokości 8,5 mm z jednej strony, a 6 mm z drugiej. Oba jej końce są półokrągłe. Uzbrojona jest tylko w kółeczko od szerszej strony oraz niewielką kotwiczkę Gamakatsu z drugiej (zbyt duża kotwiczka psuje pracę całej przynęty). Ponieważ tak uzbrojona blaszka doskonale imituje ruchy przerażonej uklei, nie dokładam żadnych krętlików, agrafki ani też chwościków z wełny. Bardzo ważne jest również, aby była zupełnie prosta, niepowyginana, po prostu pasek matowej blachy w jednym końcu zwężonej. W swoim boleniowym arsenale posiadam blaszki o różnych wymiarach i grubości od 1,5 do 3 mm, niektóre są wykonane z ołowiu.
Stosuję je zależnie od odległości, na którą muszę podać rybie przynętę, oraz od pogody. Przy silnym słońcu zakładam ciemniejsze - ołowiane. Blaszkę wiążę bezpośrednio do żyłki 0,20, 0,18 na rzece, a na zbiorniku 0.16 mm. Rzut wykonuję w poprzek rzeki, jednocześnie obserwując lot przynęty. W momencie, kiedy znajduje się l -2 m nad wodą, zamykam kołowrotek, żyłka łagodnie się prostuje, a blaszka cichutko się zanurza. Prowadzę ją tuż pod powierzchnią, chwilami lekko smużąc, a chwilami szybszym ruchem korbki lub wysoko uniesioną szczytówką(tu norma), powoduję, że blaszka pluśnie w wodzie i właśnie to najbardziej prowokuje bolenia do ataku. Opanowałem ten sposób łowienia do perfekcji, łowiąc z jednakowym powodzeniem w szybkim i wolnym nurcie. Przez cały czas bacznie obserwuję błystkę i dokładnie widzę moment ataku. Nie zdarzyło mi się jeszcze, abym po tak silnym ataku bolenia musiał zacięciem poprawiać kotwicę w rybim pysku. Niezapomnianym przeżyciem jest hol dużego bolenia, bardzo dynamiczna walka do samego końca. Jego szalone ucieczki mogą dostarczyć emocjonujących wrażeń.
Na wyprawy boleniowe zabieram najchętniej kij o długości 2,70 - 3 m, cw. 5-20 g o akcji parabolicznej. Czemu? Ponieważ raz przytrafiło mi się użyć do połowu boleni plecionki i szczupakowego kija i do dzisiaj tego żałuję. Dołączona fotografia, przedstawia ofiarę plecionki i wolframu. W pośpiechu, na szczupakowy zestaw założyłem swoją boleniówkę. Po chwili miałem rybę w łodzi. Była wokół łba poowijana wolframem i plecionką, a tak okropnie pokaleczona, że nie miała szans na przeżycie. W efekcie, musiałem ją dobić. Wiem, to był przypadek, niefart, to zdarza się raz na ho, ho… Mnie się już nie zdarzy, bo więcej nie użyję plecionki, ani topornego sprzętu. Na szesnastce i paraboliku – to jest dopiero jazda…
Z żalem stwierdzam, że na wielokilometrowym odcinku Pilicy, od tamy na Zalewie Sulejowskim w Smardzewicach aż za most kolejowy w Tomaszowie Mazowieckim, jest tak mało tej walecznej i mądrej ryby, że na palcach jednej ręki można policzyć miejsca jej żerowania. Dlatego apeluję do wszystkich, boleniarzy, aby nie zabierali każdej złowionej sztuki, bo jeśli tak dalej pójdzie, to już wkrótce nasze rzeki będą pozbawione tego gatunku. To przestroga – rada dla wędkarzy, którzy jeszcze mają gdzie, łowić tą rybę. Na Pilicy, gdzie kiedyś było mnóstwo boleni, nie ma, ani ich, ani nawet uklei…
Zanikły!
Inne tego autora: Jarosław Szczepaniak » więcej...



















Dyskusje i recenzje
Maciej Ostrowski
17.11.2007 16:53
Kacper Łukasiewicz
03.08.2007 11:28
Sławek Oppeln Bronikowski
13.02.2006 19:55