Rybie Oko/Artykuły/Rybim okiem/Palant
Palant |
Już dawno powinien się uodpornić na rzucane pod jego adresem pogardliwe słowa, ale bolało to jak diabli. Zachowania, które winny stać się standardem nad wodą, z trudem przebijały się do świadomości większości wędkarzy.
Znużył go już ten bezproduktywny marsz nad wodą. Dwa mizerne okonie, które łapczywie zapięły się na średniego rippera, to wszystko, co dotąd udało mu się wyłuskać z wody. Jego towarzysz wyprawy, klął pod nosem, wiążąc kolejna przynętę. Zdradliwe kołki leżące na dnie, zdrowo „wyczyściły” im pudełka z przynętami.
Przeszedł na kolejną ostrogę. Leżący na niej okazały pień, przyniesiony tu wiosennym przyborem, zachęcał do odpoczynku. Z ulgą zdjął plecak i odłożył go obok pnia. Dwie kromki chleba i kubek herbaty, poprawiły mu samopoczucie. Zsunął się z pnia na zielona trawę, obficie porastającą ostrogę, opierając się plecami o pniak. Wygodnie prawie jak w domowym fotelu, pomyślał z zadowoleniem. Mógł teraz ze spokojem obserwować otoczenie.
Znał ten kawałek rzeki jak własną kieszeń. Ileż to już lat, tutaj przyjeżdżał? Może trzydzieści a może trochę więcej. To już nie była rzeka, jaką zapamiętał z tamtych, młodzieńczych lat. Ze smutkiem spojrzał na kępę rachitycznych drzewek porastających nadrzeczny łęg. A przecież kilkanaście lat temu porastały tu okazałe dęby, tworzące niewielką dąbrowę. Pamięta szok, jaki przeżył, gdy zobaczył to dzieło zniszczenia dokonane piłą i toporem. Najsmutniejsza nekropolia, jaką widział w swoim życiu. Dwustu letnie, matuzalemy dębowego rodu, obdarte z konarów i kory, porozrzucane bez ładu i składu. Swoiste memento dla ludzkiej głupoty i bezmyślności. Usprawiedliwieniem na tą wycinkę miał być zator lodowy, jaki stworzył się poprzedniej zimy w tym miejscu. Cholerni hipokryci. To nie drzewa były przyczyną zatoru, ale głupota ludzka, która „wyprostowała”, dwa kilometry powyżej, naturalny meander rzeki, pośrednio tworząc przyczynę powstawania zatorów właśnie w tym miejscu. Trzy lata później się to potwierdziło. Nie było już dąbczaków, ale był wspaniały zator. Nikt jakoś nie wracał do tematu niepotrzebnie wyciętych drzew.
Rzeka umierała na jego oczach. Nienaprawiane ostrogi po wiosennych przyborach, spłaszczyły się i nie spełniały swej roli. Kamienie, które je umacniały, teraz leżały rozrzucone w nurcie rzeki. Głębokie kiedyś zakola, wypłaciły się i już nie były ostoją potężnych szczupaków. Tylko od czasu do czasu, wyskakiwał z tych płycizn jakiś niedorośniety „pistolet”, mizerna imitacja tej wspaniałej ryby. Już wtedy zrozumiał, że to, co stanowiło o atrakcyjności tego miejsca, bezpowrotnie się skończyło. Sam zresztą też dołożył swoja cegiełkę do takiego stanu. „Piątki” i „szóstki”, które były dla niego kiedyś
powodem do dumy przed kolegami, dzisiaj gryzły jego sumienie. Za późno zrozumiał swój błąd i beztroskę, tamtych dni.
-Ale kicha! Żadnego brania. Z tej rzeki, to już chyba wymiotło wszystkie ryby?
Te słowa, rzucone do niego przez przechodzącego przyjaciela, wyrwały go z zadumy.
-Faktycznie! Żaden sandacz nie chce puknąć. Przeszliśmy już taki kawał i kompletnie nic! Może po południu będzie lepiej.
-Chyba sam w to nie wierzysz? Ale czymś, trzeba się pocieszyć.
Przysiadł się koło niego.
-Co? Odechciało się biczowania wody?
-Trochę się zmęczyłem i tak sobie na chwilę przysiadłem, a teraz nie za bardzo chce mi się wstać, uśmiechnął się do przyjaciela.
- Latka już robią swoje. To nie te czasy, gdy pedałowaliśmy ze spinningami kilometry. A ile wtedy było zębatków? Głowa mała.
- Masz rację. To były piękne lata. Nie było ostrogi, na której by nie siedział szczupły. Teraz to tylko zostało nam powspominać. Tak sobie tu siedziałem i przypominałem tamten okres. Pamiętasz te piękne dęby, które tu rosły. A teraz została tylko pustynia. Pustynia na brzegu i pustynia w wodzie. Dobrze, ze jeszcze jest trochę sandaczy i od czasu do czasu można się pobawić. Jeszcze kilka lat i tego też zabraknie.
-Coś jest nie tak. Od prawie dziesięciu lat nie bierzemy szczupaków a jest coraz gorzej. Z sandaczem też się nie przelewa. Tego już się chyba nie da zatrzymać!
Pogawędzili jeszcze chwilę, zebrali swoje plecaki i poszli dalej. Po kilometrze natknęli się na dwóch wędkarzy, łowiących w zakolu. Cztery „bąki”, taplały się na powierzchni wody. Typowi amatorzy żywcówki. Na rzucone grzecznie, „dzień dobry”, coś odburknęli pod nosem. Musi, co im też nic nie brało i stąd taka reakcja. Wszedł na szczyt główki i zaczął obrzucać warkocz oraz otoczenie wypłacenia od strony nurtu. Główka jiga szorowała po dnie, podskakując po zalegających tam kamieniach. Po dobrych piętnastu minutach stracił nadzieję, na kontakt z sandaczem. Kolejna bezrybna klatka. Do uszu docierały stłumione uwagi rzucane pod jego adresem przez amatorów żywca. Nie były zbyt pochlebne, delikatnie mówiąc. Jeszcze dziesięć rzutów i spierniczam stąd, postanowił. W kolejnym rzucie, posłał rippera aż pod sąsiednią ostrogę. Tam było trochę głębiej.
Gdy podjeżdżał pod wypłycenie na środku klatki, poczuł delikatne przytrzymanie. Odruchowo przyciął i wiedział, że zapiął rybę. Po dwóch metrach holu, był pewien, że to nie sandacz. Kilka niezdecydowanych nawrotów ryby i na ostrodze trzepotał się półtorakilowy szczupak. Był delikatnie zapięty za dolną szczękę i nie miał problemu z wyczepieniem haka. Pstryknął dwie fotki dla własnej satysfakcji. Wpuścił go do wody, tuż przy warkoczu. Po chwili oszołomienia, szczupaty spłynął na głębinę.
I wtedy jak biczem smagnęły go słowa rzucone pod jego adresem.
- K..wa, ale palant. Takiego zębatka wypuścić! Jakiś kolejny nawiedzony. Człowiek siedzi godzinami i nic, a przyjdzie tu taki padalec, złowi i jeszcze na dodatek wypuści. Nie dziwota, że szczupłe nie chcą nam brać, pokłute przez takich palantów.
Nie zareagował. Nie było sensu. Oni nic nie zrozumieją. Będą brać wszystko, co ma ogon i łeb, niezależnie od wymiaru.
Szara, polska rzeczywistość.
Inne tego autora: Ryszard Siejakowski » więcej...



















Dyskusje i recenzje
Artur Początek
16.04.2011 09:11