Lewe menu

Filtry

Humor»

Ocena: 3,5 Ilość ocen: 13

Licencja pilota

Świętego Mikołaja wezwano do przeprowadzenia okresowych badań, do przedłużenia licencji pilota (jako że prowadzi on pojazd latający w cywilnej przestrzeni powietrznej). Najpierw gruntownie przebadano jego zdrowie, m.in. wzrok i reakcje, potem zaczęto sprawdzać umiejętności praktyczne, typowe procedury i tak dalej. Sprawdzono też jego pojazd, stan reniferów, ich badania etc. W końcu przyszedł czas na test praktyczny, Mikołaj razem z instruktorem usiedli w saniach. Mikołaj zaczął sprawdzać checklistę, a instruktor wyjął ze swej torby strzelbę.
- Po co ta strzelba? - zdziwił się Mikołaj
Instruktor odpowiedział ściszonym głosem:
- Nie powinienem ci o tym mówić, ale w tym ćwiczeniu podczas startu stracisz jeden z silników.

Licencja pilota
  • Obecnie 3,5 z 5.
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Ocena: 3,7/5 (13)

Dziękujemy za Twoją ocenę!

Ty już oceniałeś/aś tę stronę, oceny można dokonywać tylko raz!

Twoja ocena została zmieniona, dziękujemy za ocenę!

Hyde Park»

Wyprawa

Wybrał się wędkarz...

więcej...

Wyprawa
  • Obecnie 3,5 z 5.
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Ocena: 3,4/5 (9)

Dziękujemy za Twoją ocenę!

Ty już oceniałeś/aś tę stronę, oceny można dokonywać tylko raz!

Twoja ocena została zmieniona, dziękujemy za ocenę!

Szukaj

Reklama

Rybie Oko/Artykuły/Rybim okiem/Przyjaciel, którego nie poznałem 

Przyjaciel, którego nie poznałem

Ocena: 5,67 Ilość ocen: 1Ocena: 5,67 Ilość ocen: 1Ocena: 5,67 Ilość ocen: 1Ocena: 5,67 Ilość ocen: 1Ocena: 5,67 Ilość ocen: 1Ocena: 5,67 Ilość ocen: 1  hit
Ocena: 5,67 
Ilość ocen: 1 
 Ilość wyświetleń: 2281 
Komentarzy: 2 
ID: 47072 
Węzeł: 28256 
Marek Pedyński

To było dawno... Nie pamiętam nawet, czy wiosną, czy może jesienią... Zaraz, hmm, żółte liście. Tak, liście były żółte, więc musiało się to wydarzyć w październiku. Tego miesiąca zawsze jest ich tam pełno, spadają do wody i toną, powoli kolebiąc się na boki.

Gdy ujrzałem go pierwszy raz, nie byłem zadowolony. Nawet więcej - byłem wściekły. Cholera jasna! Nie po to brnąłem przez pół lasu, potykając się raz za razem o wystające z ziemi korzenie, aby okazało się, iż z trudem wyszukane na wojskowej mapie bajorko ktoś już zagarnął! Nici z samotnego obcowania z dziewiczą naturą.

On siedział spokojnie na drugim brzegu i ani jednym gestem nie dał po sobie poznać, czy mnie dostrzegł. W złości zapomniałem o zwyczajowym - „dzień dobry, biorą?”. W pierwszej chwili chciałem wycofać się niezauważenie, lecz po namyśle uznałem, że skoro już tu jestem, to wypada chociaż obejrzeć to niespełnione eldorado. A miejsce przedstawiało się dosyć ponuro. Ciemna, prawie czarna kałuża okolona wysokimi drzewami, które nie przepuszczały słonecznych promieni. Powietrze wokół zbiornika pachniało torfem i bagienną pleśnią. Na dodatek co jakiś czas grobową ciszę przeszywał zaskakująco bliski krzyk niewidocznego ptaszyska. Na samą myśl o spędzeniu tu „nocki” wstrząsnęły mną dreszcze.

Z obserwacji wyrwał mnie głośny plusk. Wędzisko nieznajomego wygięło się znacznie i po chwili na brzegu wylądowała ryba. Nie byle jaka ryba! Zdobycz była pokaźnej wielkości, ale z kilkudziesięciu metrów nie zdołałem rozpoznać jej gatunku. Zauważyłem tylko, że miała czarną barwę, co przy kolorze wody nie powinno dziwić. Nie byłbym zaskoczony, gdyby okazało się, iż nawet ukleje są tu ustrojone pogrzebowo.

Gdy w ciągu kilku minut sytuacja wyżej opisana (tzn. wygięta wędka, plusk i ładna ryba na brzegu) powtórzyła się kilkakrotnie, mój sceptycyzm zmienił się powoli w zainteresowanie. A może jednak zarzucę wędkę? Przecież to, że on był tu pierwszy, nie czyni go właścicielem bajorka. Nie obrazi się chyba, jeśli i ja schwytam kilka rybek?

Rozkładając kije, rumieniłem się niczym uczniak, choć - na dobrą sprawę - nie było ku temu powodów. Uważałem się przecież za wytrawnego wędkarza, który z niejednego pieca chleb jadał i z niejednej wody okazy wyciągał. Mimo iż pierwsza złość już dawno minęła, to nie pisnąłem ni słówka do tkwiącej naprzeciwko persony, bo jakoś głupio było mi się po wcześniejszym milczeniu odezwać. A zresztą, co będę gadał, skoro i on milczy!

Zarzuciłem dwie wędki, jedną na czerwonego robaka, a drugą na pęczek białych. Taki zestaw okazywał się zwykle gwarancją sukcesu. Nie tym razem jednak! Spławiki tkwiły nieruchomo, pomimo że kombinowałem z gruntem, miejscami zarzutów i co jakiś czas ciskałem do wody garść zanęty. A ryby żerowały, czego dowodem były kolejne udane hole nieznajomego. Wypuszczał schwytane okazy, bo pewnie te, które złowił wcześniej, spokojnie wystarczą na solidną kolację.

Ciekawe, jaką ma autochton przynętę - pomyślałem, lecz nie wyraziłem swych dociekań werbalnie, gdyż okazałoby się to plamą upokorzenia na moim wędkarskim honorze. A on nagle wstał, złożył wędzisko i - ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu - kiwnął głową na pożegnanie. Wydawało mi się, że widzę na jego twarzy uśmiech i to nie uśmiech politowania, lecz zdrowy, wesoły, i jakiś taki... przyjacielski. Nie wiedzieć czemu, rozsierdziło mnie to na dobre. Zawziąłem się, spędziłem nad leśną sadzawką jeszcze kilka godzin, w wyniku czego wracałem do domu prawie po ciemku i boleśnie stłukłem sobie kolano o przydrożny konar. Efektów pokrytych łuską oczywiście nie było.

Na drugi dzień (był to czas spóźnionego urlopu) byłem nad wodą skoro świt. On też już tam był!!! Cholera, nie śpi w ogóle, czy co!? Nie zarzucałem nawet wędek, żeby się po raz kolejny nie skompromitować. Wolałem obserwować jego technikę. Na pozór wszystko wyglądało normalnie - zarzut, po krótszej lub dłuższej chwili zacięcie i ryba na brzegu. Tylko dlaczego jemu biorą, a mnie nie? Tak, to musi być jakaś skuteczna przynęta, tu jest pies pogrzebany.

Nieznajomy wkrótce zakończył popisy i pożegnawszy się w sposób identyczny jak wczoraj, podreptał raźnie w niewiadomym kierunku. Pewnie boi się, że go rozszyfruję - pomyślałem, stąd ten pośpiech. Nie ociągając się zbytnio, udałem się tam, gdzie przed chwilą z takim powodzeniem uprawiane było wędkarstwo. Cóż, miejsce jak miejsce, trochę wygniecionej trawy i krótka wierzbowa podpórka. Widać, że wbita w miękkie podłoże dość dawno, bo sterczało z niej kilka listków. Uwagę moją przykuł niewielki ptaszek, który wyskubywał coś z blaszanej puszki wciśniętej w trawę nieopodal. Całkiem ładny, wielkości wróbla, ale barwniej upierzony.

Nagle przyszło olśnienie - puszka... ptaszek... Bingo!!! Zapewne w żółtym dziobie znikają resztki superprzynęty! Rzuciłem się w kierunku naczynia, odganiając tym samym skrzydlatego rywala. Szybkie spojrzenie do środka i... osłupiałem. Po podrdzewiałym dnie pełzały sobie spokojnie czerwone robale. Takie same jak te, na które ja zwykle łowię, no, może ociupinkę większe. To czemu, do pioruna, nie mam brań!? Nawlekłem zdobyczne kompościaki na haczyk, zarzuciłem zestaw, ale o wynikach nie będę pisał, bo po prostu nie ma o czym. Klapa.

Nazajutrz obudziłem się z mocnym postanowieniem, że nadchodzące godziny spędzę w fotelu przed telewizorem. Dość upokorzeń! Przecież urlop wziąłem po to, aby wypocząć, a nie dla bezowocnego siedzenia nad wodą. Wydumany plan okazał się jednak dość niestabilny i o 9:00 siedziałem, ale nie w fotelu, tylko na trawie porastającej brzegi leśnego bajora. On też był, a jakże!

Nie szło mu jednak tym razem. Zaraz po moim przyjściu zaczepił zestaw o gałęzie przybrzeżnego drzewa i zerwawszy go, uśmiechnął się z zażenowaniem, by po chwili zniknąć. Pewnie nie miał zapasowego spławika - pomyślałem. No cóż, gdyby poprosił, to niezawodnie bym mu użyczył, ale skoro nie raczył się odezwać, niech cierpi.

Po godzinie łowów (efekty wiadome) zdrętwiały mi kości, toteż postanowiłem je rozprostować, spacerując wzdłuż brzegu. Rychło dotarłem do miejsca, w którym nieznajomy zerwał żyłkę. Okazało się, że zestaw tkwił w niewielkiej odległości. Bardziej z ciekawości niż z pożądania postanowiłem go odzyskać. Przy pomocy długiego, zakrzywionego patyka przyciągnąłem gałąź do siebie i odplątałem zeń żyłkę. To, co trafiło w moje ręce, wyglądało dziwacznie. Dociążony ołowianą taśmą zaciśniętą na dolniku spławik i długi przypon z cienkiej żyłki, obarczony zaledwie jedną mikroskopijną śruciną. Najciekawszy był jednak haczyk. Lekki, ostry druciak, na którym dyndały jeszcze trzy lekko już podsuszone robaki. Nie od razu dostrzegłem na nim białą kropkę; była to przekłuta drobinka styropianu. Wtedy zrozumiałem - te skurczybyki biorą z opadu.

To, co stało się potem, było łatwe do przewidzenia. Po zamontowaniu wyżej opisanego zestawu i moje wędzisko okazało się skuteczne. Ryby brały jak zaczarowane. Zarzut, spławik po chwili znika jak torpeda pod wodą, zacięcie i ostrożny hol silnej sztuki. Wspaniałego, tłustego garbusa. Okonie, bo to one okazały się głównymi mieszkańcami zbiornika, osiągały rozmiary imponujące. Największy z tych, które udało mi się schwytać, ważył prawie 80 deko. Czarny, poprzecinany ciemnozielonymi pręgami.

Tajemnica skuteczności tkwiła w wyważeniu; przynęta, aby była zaatakowana, musiała wolniutko opadać na dno (zupełnie tak samo jak wspomniane we wstępie liście). Wracając uszczęśliwiony do domu, pomyślałem, że sam nigdy nie wpadłbym na ten genialny w swej prostocie pomysł. Gdyby nie szczęśliwy zbieg okoliczności, to zarzucane przeze mnie przynęty tkwiłyby nieruchomo w miękkim dnie, nie stanowiąc dla okoni żadnej atrakcji. Zrazu poczęły mną targać wątpliwości.

Zaraz, zaraz, czy aby na pewno był to li tylko szczęśliwy zbieg okoliczności? Przecież nieznajomy mógł odzyskać swój zestaw w sposób równie prosty jak ten zastosowany przeze mnie. Poza tym, czy możliwe byłoby oddanie tak potwornie niecelnego rzutu przez doświadczonego wędkarza? Cholera jasna! Ten człowiek podsunął mi przepis na wielkiego okonia pod sam nos i zrobił to tak, abym myślał, iż sam do wszystkiego doszedłem. A ta puszka z robakami?! Celowo ją zostawił! Poczułem się nieswojo. Facet zdradza mi tajemnicę swoich skutecznych połowów, a ja traktuję go jak intruza. A przecież to ja wtargnąłem bez pytania na jego terytorium!

W nocy nie mogłem usnąć. Rozmyślałem, jak jutro rozpocząć rozmowę z nieznajomym. Niestety, gdy z rana dotarłem na łowisko, nikogo nie spotkałem. Podobnie było przez kolejne dni. Urlop się skończył, skończyły się też wyprawy na zagubione w gąszczu oczko. W zimie przemianowano teren lasu na poligon i zabroniono nań wstępu cywilom. Gdy po latach wspominam owe wydarzenia, żałuję jednego. Mianowicie tego, iż przez zarozumiałość i brak zwyczajnej, ludzkiej życzliwości straciłem szansę na poznanie znakomitego, bezinteresownego wędkarza.

Wędkarza, który potraktował mnie jak przyjaciela.

Dyskusje i recenzje

Schowaj teksty   
   

Wiem,że dla niektórych wędkarstwo, to nic ciekawego,ja też sie skłaniam ku temu sądowi.Jednak wbrew pozorom,na tych stronach można poczytać wypowiedzi ludzi pełnych pasji,często utalentowanych pod względem pisarskim.I niekoniecznie są to opowiadania "rybne",trafiają się ciekawe(bez urazy),opowiadające o życiu,zachowaniach,błędach,a także chwilach radosnych.To co,że większość z nich to fikcja.Artykuł może być wytworem wyobraźni,ale zawarte
w nim mądrości ,są jak najbardziej prawdziwe.
Piszcie jak najwięcej Drodzy Miłośnicy Wędkarstwa.To pomaga poznać samego siebie,a innym poznać Was

Początek

To opowiadanie szczególnie mi się podoba.Zastanawiałam się czy opisuje Pan własne przygody, czy to tylko fikcja ? W każdym razie, ja uosobiłam głównego bohatera z Panem Myślę, że watro napisać coś na inny temat,mniej rybny z chęcią przeczytam, jak już się Pan zdobędzie na małe odchylenie od tej tematyki .-6,ale tylko po to, by nie popadł Pan w samozachwyt

Początek

 
RSS 2.0
PDF
E-mail do moderatorów Wersja drukowalna - Sklep Wędkarski ŻBIK Pomoc Błędy Księga Gości
Reklamy Krokus: Czy interesuje Cię bezpłatny system ERP? Tu znajdziesz nieco porad na temat Instalacji i konfiguracji Odoo (OpenERP) powinny one pomóc Ci go zainstalować i przetestować na własnym serwerze.

Wielki Portal Wędkarski "Rybie Oko" ma charakter otwarty (podobnie jak Wikipedia), każdy może zgłosić chęć współpracy przy jego budowie, obsłudze, zarządzaniu i zostać Moderatorem. Również każdy, kto ma ochotę stać się współtwórcą Rybiego Oka, może wybrać sobie własną grządkę do uprawiania i wspólnie z innymi czynić ją zgodną z własną wizją. Może uczestniczyć w rozwoju konkretnego istniejącego już działu wędkarskiego (np.Filmy, Fotografie, Sprzęt, Humor, Wody, Łowiska, Linki, itp.) lub też stworzyć całkiem nowy. Jeśli lubisz wędkarstwo i pragniesz zostać współtwórcą Rybiego Oka wypełnij ten Formularz listu E-mail i napisz w nim czym chcesz się zająć, i dlaczego właśnie Ty. Aktualne gremium adminów i moderatorów zadecyduje, czy zasługujesz na taką rolę, jeśli jednak masz chęci i choć nieco wiesz o wędkarstwie zapewne masz duże szanse :).