Rybie Oko/Artykuły/Wspomnienia/Magdziarek
Magdziarek |
Ciężko pisać o kimś, kogo nie ma wśród nas.
Jarka poznałem bodajże w połowie lat siedemdziesiatych. Właściwie nie jego a cudeńka, które wytwarzał ręcznie. Już wtedy był legendą, zarówno wędkarstwa spławikowego jak i spinningowego. Właśnie w latach siedemdziesiątych, zainteresowałem się wraz z kolegami, wędkarstwem spławikowym nie tylko w sensie czysto rekreacyjnym. Zaczęliśmy się bawić w wędkarstwo pseudozawodowe. Piszę celowo, pseudozawodowe, bo nigdy nie mieliśmy aspiracji bycia zawodnikami senso stricte. Mieliśmy farta, że znaliśmy Jarka Magdziarza, najlepszego speca jakiego poznałem, jeśli idzie o spławiki wyczynowe. Jarek miał cudowne ręce do wytwarzania prostymi domowymi sposobami, rzeczy których nie powstydziłby sie profesjonalny producent sprzętu wędkarskiego. Wtedy na polskim rynku wędkarskim, siermiężnym i prymitywnym, szczytem marzeń było dostanie spławików z kolca jeżozwierza o balsie nie wspominajac. Królowały spławiki z kory topolowej, było trochę wzorów z pianki i nieśmiertelny korek, uwielbiany przez łowiących na żywca. Byłbym zapomniał, były jeszcze potworki wytwarzane przez domowych producentów z ordynarnego plastiku, puste w środku. Na tle tego badziewia, arcydzieła Magdziarka, bo tak poufale nazywaliśmy Jarka, wyrózniały się jak precjoza u Tiffanyego na 5-th Avenue w Nowym Jorku. Wykonane z balsy, idealnie centryczne, malowane wpierw lakierem spirytusowym, jako nadanie barwy z następnie uszczelniane bezbarwym lakierem olejnym. Antenka i statecznik wykonane ze szczap bambusowych, kalibrowanych na specjalnej płytce otworowej, metodą przeciągania przez kolejne, coraz mniejsze otwory. Gama wyrobów była niesamowita, klasyczne spławiki rzeczne na mały, średni i duży uciąg wody, waglery czyli tzw bimboki na leszcza czy płocie, łowione w jeziorach czy na wodach z minimalnym uciągiem, przy metodzie odległościowej. Magdziarek był wybredny. W balsie wybierał tylko materiał najwyższej klasy a o balsę wtedy było cholernie trudno. Było jej trochę w Składnicy Harcerskiej. Często trzeba było uruchomić prywatny import, czy to z NRD-ówka czy z bratniej Czechosłowacji. Pomagaliśmy mu jak tylko potrafiliśmy a on uczył nas zawodowego rzemiosła w łowieniu ryb metodą zawodniczą. Jak sondować łowiska, jak nęcić, jak robić zestawy, jak przygotowywać zanęty i przynęty, jak hodować białe robaki. Podpowiadał nam nawet jak barwic i czym białe robaki wewnętrznie aby trwale trzymały kolor. To była skarbnica wiedzy praktycznej. To miedzy innymi dzięki niemu, po raz pierwszy zetknąłem się z haczykami dla zawodników, firmy Migeon. Dzisiaj zastanawiam się czy pewne sukcesy jakie odnosiliśmy, to zasługa mistrza-nauczyciela, czy tego, że okazaliśmy się wcale zdolnymi uczniami. A może nastąpił mariaż jednego i drugiego? Suma sumarum, zabawę mieliśmy wspaniałą, a zabawki wykonane przez mistrza Magdziarka, pomagały skutecznie zwyciężać w zawodach w Okręgu a także na szczeblu krajowym w ramach działających wówczas tzw Zrzeszeń firm państwowych. Po trzech latach znudziliśmy się tą zabawą, tym bardziej, że nie była tania a refundacji kosztów z Koła nie było. Wtedy Jarek zaraził nas salmonelozą czyli pstrągowaniem. W tej dziedzinie nie miał równych sobie. Nie przypominam sobie aby Magdziarek wrócił do domu bez pstraga. Mogło jechac czterech. Trzech wracało bez ryby a Magdziarek zawsze coś wykręcił. Potrafił wleźc tam gdzie nikt z nas nie wchodził. Wciskał kij tam, gdzie nikomu do głowy nie przyszło wciskać wędki i łowił. Na początku zżerała mnie zawiść, że on ciągnie pięćdziesiataki, sześćdziesiątaki a mnie się wieszają tylko srule w graniacach czterdziestu centymetrów. Ale wystarczyło zobaczyć Magdziarka w akcji, aby zawiść sie ulatniała i zostawał tylko podziw dla jego kunsztu, wiedzy i wyczucia. Jak sięgam pamięcią łowił na kij Lerca. Taki dziwny wynalazek, gdzie można było regulować długość kija, cos podobnie jak w drążku do wałka malarskiego. Kij miał akcje raczej wolną a Magdziarek ciągał na niego takie kropy, ze mózg się lasował.
Jarek nie zostawiał nic przypadkowi. Umiejętności to jedno a wirówki to drugie. Robił najlepsze na świecie wirówki. Prawdziwe killery na pstrągi. W tej dziedzinie był mistrzem nad mistrzami. Jedyna rzecz jakiej nie robił, to kotwiczki. Listki, rozbijacze, korpusy, strzemiączka, to była jego robota od A do Z. Jak zauroczeni patrzyliśmy na jego rece, które wyczarowywały kolejne wzory obrotówek, na pstrągi, trocie, szczupaki czy okonie. To było mistrzostwo świata. Do legendy przeszły jego obrotówki na pstrąga z tzw pawim oczkiem, przecierki na trocie czy sercówki na okonie i szczupaki. Cudowne były jego wahadłówki na pstrągi, wykonane z grubej blachy miedzianej czy mosiężnej, mocno wykrępowane aby zwiększyc ich agresywność pracy. Rzadko który pstrąg wytrzymywał aby nie przypierdzielic w takie cudeńko. Na basenie słońskim poległy setki szczuapków, skuszonych obrotówkami hand made by Jarek Magdziarz.
Gdyby traktował życie inaczej, mógłby dzisiaj być jednym z najlepszych producentów galanterii wędkarskiej w Polsce. O jego kunszcie świadczy fakt, że robił blaszki i listki dla polskiej kadry narodowej. Jarek brał życie na gorąco, takim jakim jest. Nie potrafił w pełni wykorzystac swego talentu aby zamienić to w cash. Był nieobliczalny w swej pogoni za rybami. Nieszczęście przyszło dwa lata temu, gdy na szczupakowej wyprawie nad Wartę, wpadł w dziurę po bobrach czy piżmakach, uszkadzając sobie staw biodrowy. Przykuło to go najpierw do łóżka a potem po trudnej rekonwalescencji do tzw balkonika i czterech ścian pokoju. Człowiek, który potrafił w jeden dzień przedreptać za kropami kilkanaście kilometrów, został sam ze sobą, obezwładniony swym kalectwem.
Gdy trzy dni temu zadzwoniła do mnie Krystyna, jego żona, ze smutną informacją, że Jarek zmarł dotarło do mnie, że stało się coś wyjątkowego. Że odszedł ktoś, komu tak wiele zawdzięczam. Nie tylko zresztą ja. Wielu poznańskich i nie tylko poznańskich wędkarzy, zawdzięcza Magdziarkowi, że są takimi wędkarzami jakimi są. Że mieli to szczęście nie tylko poznać Jarka ale także się wiele od niego nauczyć. Ze mieli farta łowic na Magdziarkowe cudeńka. Do historii poznańskiego wedkarstwa przejdzie jako anegdota słynne powiedzenie Magdziarka, woda siadła. Lubił troche podbarwiać swe opowiadania z wypraw wędkarskich, chociaż naprawdę łowił dużo i duże ryby. Mówił do mnie tak. Rychu, pojechałem nad Odrę do Nietkowic. Pamiętasz tą piątą faszynę przed mostem w Nietkowicach. W zakolu jest dziura taka na cztery metry z okładem. Rzucam i rzucam i ni cholery nie bierze. Rzucam z główki i nic. To z niej zlazłem i obrabiam dziurę z brzegu. Juz myślałem, że ni chu, chu i nagle jak nie przypierdzieli. Mówię Ci, woda siadła.
Chciałbym Jarku aby po tamtej stronie, za każdym razem gdy Ci rypnie szczubel, woda siadała.
Będzie nam Ciebie brakowało, Jarku.
Inne tego autora: Ryszard Siejakowski » więcej...



















Dyskusje i recenzje
Roman Grochowski <rgrochowskiUKRYTY@FILTRSPAMUfortum.USUNpl>
05.03.2010 15:00
Mirosław Gągalski
30.12.2009 07:42
Andrzej Trembaczowski
16.12.2009 16:00
Jarosław Szczepaniak
14.12.2009 09:45