Rybie Oko/Artykuły/Wspomnienia/Puszka Pandory.
Puszka Pandory. |
O włos, a też bym się nabrał, czyli o tym, ...
jak moderatorzy otworzyli puszkę Pandory i wypełzło z niej nasze narodowe upodobanie do narzekania.
Regułą jest, że największe, życiowe okazy wybierają wolność przed dostarczeniem nam wieńca
laurowego, haczyki się prostują, a żyłki pękają w najmniej odpowiednim momencie.
Do tej czarnej serii możemy dołączyć jeszcze kołowrotki z zacinającymi się sprzęgłami
i parę innych elementów.
To dziwne, ale nie straciłem ryby życia, bo jeszcze łowię i wszystko jest przede mną,
a nie za, może za jednym wyjątkiem.
Kilka, albo i kilkanaście lat temu na Dunajcu odbyły się Muchowe Mistrzostwa Polski,
które przeszły do historii jako „kolczaste”. W tym czasie regulamin dopuszczał łowienie
innych ryb, nie tylko łososiowatych i lipienia. Punktacja była prosta: za wymiarowego
pstrąga lub lipienia 300 pkt + 30 za każdy cm powyżej wymiaru, za ryby posiadające wymiar
ochronny 3 pkt za cm, pozostałe 1 pkt za cm. To były czasy, kiedy zawody odbywały się na
martwej rybie i organizatorzy poszukiwali jakiegoś wyjścia, żeby nie ogołacać łowiska
z kilkuset lipieni i pstrągów wyławianych podczas trzech tur zawodów.
Długotrwałe upały i stosunkowo niski stan Dunajca spowodowały masową migrację okoni
z zalewu Rożnowskiego w górę rzeki. Z prostego wyliczenia wynikało, że złowienie 7 okoni
daje więcej punktów niż jeden lipień. Co prawda za złowienie kompletu przed czasem była
dodatkowa premia punktowa, ale lipienie nie żerowały.
W sobotni poranek ruszam do boju. Stanowisko dzielę z członkiem kadry muchowej Arturem
Racławskim i muszkarzem z Krosna.
Jako nizinny muszkarz niejednokrotnie łowiłem okonie, ale w jeziorze, a tu Dunajec,
szybka woda, kamienie, brak podwodnej roślinności. Zaczynam szukać ich przy brzegu i są,
pojawiają się nagle w pobliżu prowadzonej muchy, gonią ją zawzięcie i siadają. Po złowieniu
kilku sztuk następuje koniec brań, pewnie wyłowiłem je wszystkie. Szukam podobnych miejsc,
ale tam same maluchy. Obławiając rynny łowię klenia i jeszcze kilka okoni. Koniec pierwszej
tury. Po ogłoszeniu wyników dowiaduję się, że zająłem 4 miejsce w sektorze, jest dobrze.
Druga tura, gruba spokojna woda, brak wszelkiej ryby. Spoglądam na drugi brzeg osłonięty
nisko zwisającymi gałęziami i kombinuję jak tam dotrzeć, wreszcie łapiąc trochę wody
w spodniobuty docieram do niego. Pierwszy rzut, sprowadzenie much do dna i uczep, rwę zestaw.
Po związaniu nowego podaję muchy trochę dalej, zatapiam je i zaczynam łowić. Prawie każde
przeprowadzenie much przynosi efekty w postaci ładnych okoni, czasami dubletu. Okonie stoją
za małym garbem dna, na którym tracę trochę much, ale łowię, łowię i schodząc z łowiska mam
ok. 50 wymiarowych okoni. To daje mi pierwsze miejsce w sektorze i drugie dzielone po dwóch
turach. Prowadzi zdecydowanie Adam Sikora, wygrywając dwie tury, ale mam szansę na dobre miejsce.
Wypytuję o moje trzecie stanowisko, typowo lipieniowe z jedną małą zatoczką. Niestety łowił
tam Janusz Jurkowlaniec i tylko on złowił ryby.
W trzeciej turze pędzę nad zatoczkę, ale wyprzedza mnie Artur, doskonale zna cały Dunajec
i wszystkie ścieżki na brzegu. Przechodzę na drugą stronę i zaczynam łowić małe kleniki,
zamiast jelców, niewymiarowe góralki (brzanki) i żadnego okonia. Warkocze i rynienki puste,
żadnego lipienia (w ciągu całych zawodów złowiono tylko dwa). Wreszcie udaje mi się wymęczyć
dwa lub trzy wymiarowe okonki i koniec zawodów. W autobusie wszyscy pytają, jak mi poszło,
wiem że przegrałem. Zajmuję jedno z ostatnich miejsc w sektorze i spadam na koniec drugiej
dziesiątki w całych zawodach. Niestety konkurencja połowiła, a różnica punktowa była niewielka.
Czy mam to traktować jako porażkę?
Nie, bo startując przez kilkanaście lat w Mistrzostwach nigdy nie zająłem wyższego miejsca,
to był mój najlepszy występ, wygrałem z ponad 100 zawodnikami.
A może tak, bo Okręg żądny sukcesów medalowych nie wysyła już zawodników na Mistrzostwa,
więc nie mam szans na następne starty.
Właściwie zakończyłem już moją przygodę ze sportem wędkarskim, chociaż kiedyś o włos...
...zabrakło mi przysłowiowego łutu szczęścia w losowaniu stanowisk.
Nie rozdzielam jednak szat, bo tej największej, życiowej jeszcze nie złowiłem, przecież
moja wędkarska przygoda wciąż trwa.
Roman fly Wigura
Inne tego autora: Roman Wigura » więcej...
















Dyskusje i recenzje
Mateusz Sławiński
06.04.2007 20:09
Michał Rożko
29.03.2007 23:29
Rafał Kos
27.03.2007 23:02
Ewa Ćwikła
27.03.2007 22:31
Jarosław Szczepaniak
27.03.2007 18:54