Rybie Oko/Artykuły/Wspomnienia/Trzy zdania o amatorach
Trzy zdania o amatorach |
Szczęście amatora? Często powtarzamy te oklepane już dwa słowa, a w głębi duszy tłamsimy łzy zazdrości i życzymy towarzyszom porwania zestawu. Prawdę powiadam czy między bajka wkładam?
ZDANIE PIERWSZE
Pamiętam moją pierwszą wyprawę ze spinningiem na drapieżniki. W głowie został mi obraz tak jasny jak gdybym dopiero co wrócił znad tamtej pięknej wody. Było to jakiegoś lipcowego dnia, roku któregoś tam w moim życiu. Nie ważna jest konkretna data, nigdy nie prowadziłem szczegółowych zapisków wędkarskich. W każdym razie zbierało się na burzę i niebo zasnuwało się powoli ciężkimi, ołowianymi chmurzyskami.
Nie miałem jeszcze owego czasu swojej wędki odpowiedniej do takich połowów. Kołowrotek z ruskiego bazaru za 30zł, światowej klasy – jak zapewniał sprzedawca – plastikowy, marki „golden”. Dla mnie, małego niedoświadczonego szkraba, sama nazwa była kusząca. Złota marka, hehe :). Kij zabrałem tacie, było to Cormoran, typu czegoś co dziś nazwalibyśmy teleskopową odległościówką długości 4,20m. Dopełnieniem była żyłka 0,24mm i kopyto wyciągnięte z wujkowego arsenału. Zestaw dość osobliwy przyznacie, szczególnie w dzisiejszych czasach gdy sprzęt dość dobrej klasy kupić może większość z nas. Mi jednak więcej wtedy nie było trzeba.
Jeszcze szybki kurs wiązania węzła mocującego do linki krętlik z agrafką oraz kilka wskazówek co do sposobu prowadzenia. Było jakoś tak:
-Jak już wyciepiesz gdzie chciałeś to poczekaj aż na dno opadnie. Tylko nie kombinuj na razie z rzucaniem pod krzaki, bo do tego trzeba trochę wprawy – poinstruował wujek.
-A kiedy będę wiedział, że opadło? – dziś wydaje się głupim takie pytanie, przypomnijmy sobie jednak własną młodość i pierwsze kroki, a właściwie pełzanie czy raczkowanie w tej dziedzinie.
-Jak już żyłka przestanie się ślizgać po wodzie i będzie nieruchoma możesz zacząć powoli zwijać. Tylko powolutku, zmieniaj tempo, pociągnij czasem szczytówką. Rób wszystko żeby ten kawałek gumy przypominał przetrąconą rybkę.
Wysłuchawszy dobrych rad wystrzeliłem w stronę wody niby z procy kamyk majtnięty. Dokładnie przestrzegałem przepisu na złowienie ryby. Kopyto walnęło o wodę dobre czterdzieści metrów od mojego stanowiska. Uwagę zwróciłem oczywiście aby nie zawadzić o nabrzeżne krzaki. Chwilę zajęło osiągnięcie dna przez tą dziwaczną dla mnie jak na tamte czasy przynętę. Ale nareszcie zacząłem łowienie – czytaj skręcanie linki trzeszczącym wynalazkiem braci zza wschodniej granicy. Po jakichś pięciu czy sześciu obrotach korbką poczułem opór, nie był jednak duży. Jako zupełny amator w sztuce spinningu nie zwróciłem na to większej uwagi i dalej jak wujek przykazał kontynuowałem zwijanie.
Jakież było moje zdziwienie gdy tuż przy brzegu ujrzałem przyczynę zwiększonych oporów! Kopyto, nie byle jakie bo 12cm, widoczne było jedynie w połowie! Druga część schowała się w pysku wielkiego pasiaka. Rozdarłem wtedy mordę na pół jeziora Pierzchalskiego. Wujo Jasiu szybko znalazł się przy mnie. Nie mógł uwierzyć w to co zobaczył. Okonisko miało 40cm długości! To był mój pierwszy i ostatni tak duży okoń w życiu. Nigdy już nawet nie zbliżyłem się do takiej wielkości.
-Szczęście amatora – powiedział oraz złożył gratulacje z okazji pierwszej uspinningowanej ryby.
-Nie wierzyłem, że na kawałek gumy można coś złowić – odpowiedziałem będąc jeszcze w szoku.
Rybka wróciła do wody. Nigdy nie zależało mi na tym co złowię. Zawsze wolałem wypuścić płetwiastego przyjaciela. Tamtego dnia poziom mojej adrenaliny ustabilizował się na tak wysokim poziomie, że nie byłem już w stanie łowić :). Nogi odmawiały posłuszeństwa, stały się niby z waty lub podobnej substancji. Zresztą zaczynało padać... Wujek do tej pory nie może mi darować tego okonia. Sam się przyznał:
-Aż się we mnie gotowało, że to nie ja go złapałem i wpuściłem Cię na tą miejscówkę.
Zastanawiające było dla mnie tylko jedno: dlaczego ten podwodny rozbójnik nie stawiał oporu?
ZDANIE DRUGIE
Latem ubiegłego roku pod koniec sierpnia, jak zwykle rano wybrałem się do sklepu naprzeciw domu. Chlebek świeżutki, z chrupiącą skórką leżał już na półkach. Za ladą stał właściciel i dobry znajomy Robert.
-No czołem Lary – takie mam przezwisko i do dziś zastanawia mnie skąd się wzięło – co tam chcieliśmy?
-Cześć Robert. Chlebuś oczywiście, masełko i butelkę wody.
-A jak rybki? Słyszałem od Twojego brata, że ostatnio codziennie Cię nosi. Gdzie byłeś?
-Wczoraj na przykład byliśmy na szczupakach. Ładnie gryzły, trzy się nam zwiesiły, nie były duże ale zabawa przednia.
-No to musimy się wybrać – zaproponował – Tylko powiedz mi co na te szczupaki jest potrzebne.
Troszkę czasu jeszcze zajęło mi tłumaczenie co i jak. Skończyło się na tym, że umówiliśmy się na wypad następnego dnia rano. Robert nigdy nie spinningował i z góry potraktował mnie jako swojego mistrza, co jak zapewne każdemu, także i mi przyjemnie połechtało ego. Choć łowca zębatych ze mnie marny.
Nazajutrz o szóstej rano wyruszyliśmy, celem było pobliskie jezioro Martwe. Nad wodą znaleźliśmy się po piętnastu minutach. Ptaki wyśpiewywały swoje melodyjki, ostatki mgły snuły się jeszcze nad taflą wody a powietrze zachęcało swą rześkością do takich wypraw. Robert wyciągnął z bagażnika swój sprzęt i powiem krótko – zamurowało mnie.
-Kiedyś Ty tego nakupował? Przecież nie miałeś żadnego sprzętu? Wziąłem dla Ciebie kijek.
-Wczoraj popołudniu skoczyłem do sklepu – odrzekł spokojnie.
Mówię wam, niezły arsenał. Pręt dobrej klasy, kręciołek niczego sobie, markowa żyłeczka i wiadro blach :).
-Ale na pewno na ten złom ryby biorą? – zapytał.
-Wiesz, tyle tego nakupiłeś... Coś na pewno spodoba się tutejszym kaczodziobym.
Podobnie jak wujek kiedyś przekazał mi tajniki supłania węzełków i całej otoczki spinningu tak i ja teraz przekazałem swoją wiedzę dalej. Robert wszystko szybko chwytał, dobry był z niego uczeń, lotny :). Pogawędziliśmy jeszcze chwilę o sposobie prowadzenia przynęty, o tym kiedy zacinać oraz kilku innych bajkach. Szkoda jednak marnować czas na czcze gadanie, dlatego szybko ruszyliśmy nad brzeg w celu odbycia zajęć praktycznych. Ja zacząłem od bocznego troczka w poszukiwaniu pasiastych przyjaciół. Robert ciepał do wody swój „złom”.
Po kilku minutkach miałem pierwszego garbuska. Haczyk z pyszczka i do wody. Widziałem na twarzy przyjaciela mały grymas niezadowolenia. W końcu to nie on złowił rybę jako pierwszy, na co zapewne liczył. Szybko się to jednak zmieniło. Łowiliśmy obok podwodnej łączki, nagle kij kolegi ugiął się aż miło było popatrzeć. Z podniecenia zapomniał że stoję obok niego i krzyczał, że coś ma. Długo to jednak nie trwało, blaszka była mała i szczupły szybko rozprawił się z żyłką. Wygrał pojedynek.
Poradziłem Robertowi aby spróbował na większa blachę. Ten wziął widocznie sobie moją radę bardzo głęboko do serca, bo na jego agrafce wylądował gnom „numer 4”. Śmiałem się w duchu mówiąc sobie - <i> no to teraz utrzesz mu nosa, bo co ten amator chce na taki kawał złomu tu wyszarpać? Chyba kołki z dna :).</i> Ten jednak załapał konkretnego bakcyla. Żebyście widzieli z jaką pasją i zapałem czesał wodę!
Nagle usłyszałem:
-Jest! Jest! – krzyk poniosło na druga stronę jeziora a po chwili wrócił pod postacią echa.
Trochę niepewnie ruszyłem w stronę kolegi. Rzeczywiście miał, w dodatku nie byle co! Cudnego okonia! Jak się okazało po zmierzeniu, miał blisko 30cm. W niedługim okresie czasu złapał jeszcze jednego tej samej wielkości na ten sam kawałek paskudnie srebrnej wielkiej jak krowa blachy. Tego już było za wiele. Robert mnie obrażał! Nie dość że zaprowadziłem go nad wodę i podzieliłem się wiedza, to on śmie mi się tak brzydko odwdzięczać? A to gadzina, dziad a nie przyjaciel.
Też tak macie gdy ktoś łowi więcej i o wiele piękniejszych ryb od Was? Wypadałoby się opanować prawda? Przecież łowimy od małego, powinno nas to nauczyć odrobiny cierpliwości oraz rozumu. Pierwotne instynkty biorą zwykle górę? – tak było w moim przypadku.
-Dziś miałeś tzw. szczęście amatora – skwitowałem podczas powrotu. W to zdanie wsadziłem cały jad jaki zebrałem przez cztery godziny łowienia.
Zdrajca złowił tego dani jeszcze dwa okonie i szczupłego. Ja mimo żonglowania przynętami i sposobami ich prowadzenia już nic nie wyciągnąłem...
ZDANIE TRZECIE
Jak się pewnie domyślacie po raz trzeci opiszę Wam pewną sytuację z pogranicza załamania nerwowego, zwątpienia we własne umiejętności i niezwykle dużego szczęścia amatora spinningowych łowów. Tym razem będzie o moim innym wujku. Jest bratem tego pierwszego Jasia a na imię mu Andrzej. Niezwykły z niego narwaniec i straszny napaleniec jeśli chodzi o wyjazd na ryby. Nic mu nie przeszkadza, nawet te wredne bzykające mutanty tak lubiące ssać naszą krew. Tfu! – niech to dziadostwo smaży się w czeluściach piekielnych.
Dla odmiany rzecz działa się dnia wrześniowego, lecz tak jak i w lipcu zanosiło się na burzę. Było strasznie parno i duszno, człowiek pocił się już podczas samego oddychania, a co dopiero mówić o chodzeniu z kijem i przedzieraniu się przez chaszcze. Wujek Andrzej podobnie jak ja jest zdeklarowanym spławikowcem. Dopiero ostatnimi czasy poczuł miętę do spinningu.
Areną naszych zmagań miała stać się Balewka. Nad wodą wylądowaliśmy około godz.16:00. Spinningi w dłoń i hajda nad wodę! Nie było czasu do stracenia, te wredne deszczowe chmury niosące dodatkowo gapowiczów w postaci błyskawic były już bardzo blisko. I tutaj tak jak w przypadku Roberta pojawia się motyw pod tytułem duża blacha. Jasiu wcisnął swojemu bratu algę czwórkę.
-Ty, ale nie za duża ta blacha na te ryby? – zapytał Andrzej.
-Nie, no co Ty? Przecież duża blacha to duża ryba! Stare dobre przysłowie wędkarskie. – odpowiedział z nutą ironii Misiek, jak nazywamy wujka Jasia.
Endrju się nie sprzeciwiał, a nawet przyjął to za dobrą radę od wytrawnego łowcy jakiego widział w swoim bracie. Zostawiliśmy go i odeszliśmy kilkadziesiąt metrów dalej.
-Ale żeś brata załatwił – zaśmiałem się.
-Przecież nie może żółtodzioby złapać więcej od nas. I tak dałem mu jeszcze najmocniejszy sprzęt z plecionką co by mi blach za dużo nie nazrywał. Będzie miał zabawę. – odpowiedział rozbawiony.
-A właściwie to dlaczego dałeś Andrzejowi akurat ten kawałek złomu?
-Bo na to jeszcze nigdy nic nie wyciągnąłem, no może oprócz jednej kłody z dna jeziora.
Tuż po tym w oddali usłyszeliśmy wielkie chlup, chlup… Ktoś krzyczał „przytrzymaj go pan! Nie daj mu pod krzaki wejść!” Głosów podobnych było coraz więcej.
-Misiek lecimy, coś tu nie gra.
Biegliśmy co sił w nogach. Po dotarciu na miejsce zobaczyliśmy taką oto scenę: wujek Andrzej po klejnoty w wodzie. Kij mu się gnie jak łuk szalonego aborygena. Kołowrotek trzeszczy jak stare radio a plecionka tnie powietrze jak najlepszy miecz samurajski. Zestaw naprężony niczym stalowe włókno strunobetonu! Jest! Zrobił młyn przy powierzchni.
-Cholera jasna, przecież aligatorów u nas nie ma! – krzyknął wujek Jasiu. – Andrzej nie daj mu zwiać.
Wpłynął w zielsko. Nie dało mu to jednak schronienia. Zestaw był odpowiednio mocny. Esox był jednak cwany i znał wiele sztuczek. Wywijał piruety. Tańczył na ogonie! Raz nawet wyskoczył nad wodę pokazując się w pełnej krasie. Zlecieli się wszyscy wędkarze, którzy jeszcze o tej porze byli nad wodą. To było niezłe widowisko. W końcu po około pięciu minutach zębal skapitulował i dał się podprowadzić do brzegu na tyle aby udało się go podebrać.
Miał całe 92cm…
-Ty cholerny amatorze, a ja Ci taką dobrą błystkę dałem...
Mam nadzieję że co bardziej wytrwali dali radę przebrnąć przez te trzy epizody :). Nie chciałem ich dzielić na części, a od jakiegoś czasu coś mi mówiło aby wreszcie się zmobilizować i napisać o tym.
Ciekaw jestem jakie były wasze wybuchy zazdrości wędkarskiej. Bo wszyscy czasem je przeżywamy. Nie mamy się co oszukiwać :).
Z wędkarskim pozdrowieniem
Mateusz.
PS
Tekst ten dedykuję Ewie, która wróciła do nas po dłuższej przerwie. Jednocześnie gratuluję napisania książki. Witamy w domu :).
Inne tego autora: Mateusz Sławiński » więcej...


















Dyskusje i recenzje
Jarosław Szczepaniak
05.05.2008 17:10
Andrzej Trembaczowski
04.05.2008 21:47