Lewe menu

Filtry

Humor»

Ocena: 5.88 Ilość ocen: 8

Blondynka łapie przy drodze "okazję". Zatrzymuje się ciężarówka. Blondynka wsiada, jadą, ale po kilkunastu kilometrach coś zaczyna szwankować w silniku. Kierowca zjeżdża na pobocze, otwiera maskę i zaczyna grzebać w silniku. Blondynka przygląda mu się przez chwilę i powoli zaczyna się rozbierać.
Kierowca staje jak wryty...

- Co pani robi?

- Sama się rozbieram, bo znam takich jak pan. Najpierw grzebiecie
w silniku, upapracie sobie łapy, a ja potem nie mogę majtek doprać !

Hyde Park»

Konkursowa recepta

By w konkursie wystartować
Trzeba by coś wysmarować.
Trzeba umieć opowiadać
No i słowa mądrze składać.

więcej...

Szukaj

Reklama

Sklepowe newsy »

St.Croix Rage Casting
St.Croix Panfish
St.Croix Rage
Bluza damska WFJ0320
Koszulka damska WRT9118
ACME - Phoebe

Rybie Oko/Artykuły/Wspomnienia/Trzy zdania o amatorach 

Trzy zdania o amatorach

Ocena: 0 
Ilość ocen: 0 
 Ilość wyświetleń: 3464 
Komentarzy: 2 
ID: 107703 
Węzeł: 82242 
Mateusz Sławiński

Szczęście amatora? Często powtarzamy te oklepane już dwa słowa, a w głębi duszy tłamsimy łzy zazdrości i życzymy towarzyszom porwania zestawu. Prawdę powiadam czy między bajka wkładam?

ZDANIE PIERWSZE

Pamiętam moją pierwszą wyprawę ze spinningiem na drapieżniki. W głowie został mi obraz tak jasny jak gdybym dopiero co wrócił znad tamtej pięknej wody. Było to jakiegoś lipcowego dnia, roku któregoś tam w moim życiu. Nie ważna jest konkretna data, nigdy nie prowadziłem szczegółowych zapisków wędkarskich. W każdym razie zbierało się na burzę i niebo zasnuwało się powoli ciężkimi, ołowianymi chmurzyskami.

Wujo Jasiu

Nie miałem jeszcze owego czasu swojej wędki odpowiedniej do takich połowów. Kołowrotek z ruskiego bazaru za 30zł, światowej klasy – jak zapewniał sprzedawca – plastikowy, marki „golden”. Dla mnie, małego niedoświadczonego szkraba, sama nazwa była kusząca. Złota marka, hehe :). Kij zabrałem tacie, było to Cormoran, typu czegoś co dziś nazwalibyśmy teleskopową odległościówką długości 4,20m. Dopełnieniem była żyłka 0,24mm i kopyto wyciągnięte z wujkowego arsenału. Zestaw dość osobliwy przyznacie, szczególnie w dzisiejszych czasach gdy sprzęt dość dobrej klasy kupić może większość z nas. Mi jednak więcej wtedy nie było trzeba.
Jeszcze szybki kurs wiązania węzła mocującego do linki krętlik z agrafką oraz kilka wskazówek co do sposobu prowadzenia. Było jakoś tak:
-Jak już wyciepiesz gdzie chciałeś to poczekaj aż na dno opadnie. Tylko nie kombinuj na razie z rzucaniem pod krzaki, bo do tego trzeba trochę wprawy – poinstruował wujek.
-A kiedy będę wiedział, że opadło? – dziś wydaje się głupim takie pytanie, przypomnijmy sobie jednak własną młodość i pierwsze kroki, a właściwie pełzanie czy raczkowanie w tej dziedzinie.
-Jak już żyłka przestanie się ślizgać po wodzie i będzie nieruchoma możesz zacząć powoli zwijać. Tylko powolutku, zmieniaj tempo, pociągnij czasem szczytówką. Rób wszystko żeby ten kawałek gumy przypominał przetrąconą rybkę.
Wysłuchawszy dobrych rad wystrzeliłem w stronę wody niby z procy kamyk majtnięty. Dokładnie przestrzegałem przepisu na złowienie ryby. Kopyto walnęło o wodę dobre czterdzieści metrów od mojego stanowiska. Uwagę zwróciłem oczywiście aby nie zawadzić o nabrzeżne krzaki. Chwilę zajęło osiągnięcie dna przez tą dziwaczną dla mnie jak na tamte czasy przynętę. Ale nareszcie zacząłem łowienie – czytaj skręcanie linki trzeszczącym wynalazkiem braci zza wschodniej granicy. Po jakichś pięciu czy sześciu obrotach korbką poczułem opór, nie był jednak duży. Jako zupełny amator w sztuce spinningu nie zwróciłem na to większej uwagi i dalej jak wujek przykazał kontynuowałem zwijanie.
Jakież było moje zdziwienie gdy tuż przy brzegu ujrzałem przyczynę zwiększonych oporów! Kopyto, nie byle jakie bo 12cm, widoczne było jedynie w połowie! Druga część schowała się w pysku wielkiego pasiaka. Rozdarłem wtedy mordę na pół jeziora Pierzchalskiego. Wujo Jasiu szybko znalazł się przy mnie. Nie mógł uwierzyć w to co zobaczył. Okonisko miało 40cm długości! To był mój pierwszy i ostatni tak duży okoń w życiu. Nigdy już nawet nie zbliżyłem się do takiej wielkości.
-Szczęście amatora – powiedział oraz złożył gratulacje z okazji pierwszej uspinningowanej ryby.
-Nie wierzyłem, że na kawałek gumy można coś złowić – odpowiedziałem będąc jeszcze w szoku.
Rybka wróciła do wody. Nigdy nie zależało mi na tym co złowię. Zawsze wolałem wypuścić płetwiastego przyjaciela. Tamtego dnia poziom mojej adrenaliny ustabilizował się na tak wysokim poziomie, że nie byłem już w stanie łowić :). Nogi odmawiały posłuszeństwa, stały się niby z waty lub podobnej substancji. Zresztą zaczynało padać... Wujek do tej pory nie może mi darować tego okonia. Sam się przyznał:
-Aż się we mnie gotowało, że to nie ja go złapałem i wpuściłem Cię na tą miejscówkę.
Zastanawiające było dla mnie tylko jedno: dlaczego ten podwodny rozbójnik nie stawiał oporu?

ZDANIE DRUGIE

Latem ubiegłego roku pod koniec sierpnia, jak zwykle rano wybrałem się do sklepu naprzeciw domu. Chlebek świeżutki, z chrupiącą skórką leżał już na półkach. Za ladą stał właściciel i dobry znajomy Robert.
-No czołem Lary – takie mam przezwisko i do dziś zastanawia mnie skąd się wzięło – co tam chcieliśmy?
-Cześć Robert. Chlebuś oczywiście, masełko i butelkę wody.
-A jak rybki? Słyszałem od Twojego brata, że ostatnio codziennie Cię nosi. Gdzie byłeś?
-Wczoraj na przykład byliśmy na szczupakach. Ładnie gryzły, trzy się nam zwiesiły, nie były duże ale zabawa przednia.
-No to musimy się wybrać – zaproponował – Tylko powiedz mi co na te szczupaki jest potrzebne.

Troszkę czasu jeszcze zajęło mi tłumaczenie co i jak. Skończyło się na tym, że umówiliśmy się na wypad następnego dnia rano. Robert nigdy nie spinningował i z góry potraktował mnie jako swojego mistrza, co jak zapewne każdemu, także i mi przyjemnie połechtało ego. Choć łowca zębatych ze mnie marny.
Nazajutrz o szóstej rano wyruszyliśmy, celem było pobliskie jezioro Martwe. Nad wodą znaleźliśmy się po piętnastu minutach. Ptaki wyśpiewywały swoje melodyjki, ostatki mgły snuły się jeszcze nad taflą wody a powietrze zachęcało swą rześkością do takich wypraw. Robert wyciągnął z bagażnika swój sprzęt i powiem krótko – zamurowało mnie.
-Kiedyś Ty tego nakupował? Przecież nie miałeś żadnego sprzętu? Wziąłem dla Ciebie kijek.
-Wczoraj popołudniu skoczyłem do sklepu – odrzekł spokojnie.
Mówię wam, niezły arsenał. Pręt dobrej klasy, kręciołek niczego sobie, markowa żyłeczka i wiadro blach :).
-Ale na pewno na ten złom ryby biorą? – zapytał.
-Wiesz, tyle tego nakupiłeś... Coś na pewno spodoba się tutejszym kaczodziobym.
Podobnie jak wujek kiedyś przekazał mi tajniki supłania węzełków i całej otoczki spinningu tak i ja teraz przekazałem swoją wiedzę dalej. Robert wszystko szybko chwytał, dobry był z niego uczeń, lotny :). Pogawędziliśmy jeszcze chwilę o sposobie prowadzenia przynęty, o tym kiedy zacinać oraz kilku innych bajkach. Szkoda jednak marnować czas na czcze gadanie, dlatego szybko ruszyliśmy nad brzeg w celu odbycia zajęć praktycznych. Ja zacząłem od bocznego troczka w poszukiwaniu pasiastych przyjaciół. Robert ciepał do wody swój „złom”.
Po kilku minutkach miałem pierwszego garbuska. Haczyk z pyszczka i do wody. Widziałem na twarzy przyjaciela mały grymas niezadowolenia. W końcu to nie on złowił rybę jako pierwszy, na co zapewne liczył. Szybko się to jednak zmieniło. Łowiliśmy obok podwodnej łączki, nagle kij kolegi ugiął się aż miło było popatrzeć. Z podniecenia zapomniał że stoję obok niego i krzyczał, że coś ma. Długo to jednak nie trwało, blaszka była mała i szczupły szybko rozprawił się z żyłką. Wygrał pojedynek.
Poradziłem Robertowi aby spróbował na większa blachę. Ten wziął widocznie sobie moją radę bardzo głęboko do serca, bo na jego agrafce wylądował gnom „numer 4”. Śmiałem się w duchu mówiąc sobie - <i> no to teraz utrzesz mu nosa, bo co ten amator chce na taki kawał złomu tu wyszarpać? Chyba kołki z dna :).</i> Ten jednak załapał konkretnego bakcyla. Żebyście widzieli z jaką pasją i zapałem czesał wodę!
Nagle usłyszałem:
-Jest! Jest! – krzyk poniosło na druga stronę jeziora a po chwili wrócił pod postacią echa.
Trochę niepewnie ruszyłem w stronę kolegi. Rzeczywiście miał, w dodatku nie byle co! Cudnego okonia! Jak się okazało po zmierzeniu, miał blisko 30cm. W niedługim okresie czasu złapał jeszcze jednego tej samej wielkości na ten sam kawałek paskudnie srebrnej wielkiej jak krowa blachy. Tego już było za wiele. Robert mnie obrażał! Nie dość że zaprowadziłem go nad wodę i podzieliłem się wiedza, to on śmie mi się tak brzydko odwdzięczać? A to gadzina, dziad a nie przyjaciel.
Też tak macie gdy ktoś łowi więcej i o wiele piękniejszych ryb od Was? Wypadałoby się opanować prawda? Przecież łowimy od małego, powinno nas to nauczyć odrobiny cierpliwości oraz rozumu. Pierwotne instynkty biorą zwykle górę? – tak było w moim przypadku.
-Dziś miałeś tzw. szczęście amatora – skwitowałem podczas powrotu. W to zdanie wsadziłem cały jad jaki zebrałem przez cztery godziny łowienia.
Zdrajca złowił tego dani jeszcze dwa okonie i szczupłego. Ja mimo żonglowania przynętami i sposobami ich prowadzenia już nic nie wyciągnąłem...

ZDANIE TRZECIE

Jak się pewnie domyślacie po raz trzeci opiszę Wam pewną sytuację z pogranicza załamania nerwowego, zwątpienia we własne umiejętności i niezwykle dużego szczęścia amatora spinningowych łowów. Tym razem będzie o moim innym wujku. Jest bratem tego pierwszego Jasia a na imię mu Andrzej. Niezwykły z niego narwaniec i straszny napaleniec jeśli chodzi o wyjazd na ryby. Nic mu nie przeszkadza, nawet te wredne bzykające mutanty tak lubiące ssać naszą krew. Tfu! – niech to dziadostwo smaży się w czeluściach piekielnych.
Dla odmiany rzecz działa się dnia wrześniowego, lecz tak jak i w lipcu zanosiło się na burzę. Było strasznie parno i duszno, człowiek pocił się już podczas samego oddychania, a co dopiero mówić o chodzeniu z kijem i przedzieraniu się przez chaszcze. Wujek Andrzej podobnie jak ja jest zdeklarowanym spławikowcem. Dopiero ostatnimi czasy poczuł miętę do spinningu.

Moja ekipa

Areną naszych zmagań miała stać się Balewka. Nad wodą wylądowaliśmy około godz.16:00. Spinningi w dłoń i hajda nad wodę! Nie było czasu do stracenia, te wredne deszczowe chmury niosące dodatkowo gapowiczów w postaci błyskawic były już bardzo blisko. I tutaj tak jak w przypadku Roberta pojawia się motyw pod tytułem duża blacha. Jasiu wcisnął swojemu bratu algę czwórkę.
-Ty, ale nie za duża ta blacha na te ryby? – zapytał Andrzej.
-Nie, no co Ty? Przecież duża blacha to duża ryba! Stare dobre przysłowie wędkarskie. – odpowiedział z nutą ironii Misiek, jak nazywamy wujka Jasia.
Endrju się nie sprzeciwiał, a nawet przyjął to za dobrą radę od wytrawnego łowcy jakiego widział w swoim bracie. Zostawiliśmy go i odeszliśmy kilkadziesiąt metrów dalej.
-Ale żeś brata załatwił – zaśmiałem się.
-Przecież nie może żółtodzioby złapać więcej od nas. I tak dałem mu jeszcze najmocniejszy sprzęt z plecionką co by mi blach za dużo nie nazrywał. Będzie miał zabawę. – odpowiedział rozbawiony.
-A właściwie to dlaczego dałeś Andrzejowi akurat ten kawałek złomu?
-Bo na to jeszcze nigdy nic nie wyciągnąłem, no może oprócz jednej kłody z dna jeziora.
Tuż po tym w oddali usłyszeliśmy wielkie chlup, chlup… Ktoś krzyczał „przytrzymaj go pan! Nie daj mu pod krzaki wejść!” Głosów podobnych było coraz więcej.
-Misiek lecimy, coś tu nie gra.
Biegliśmy co sił w nogach. Po dotarciu na miejsce zobaczyliśmy taką oto scenę: wujek Andrzej po klejnoty w wodzie. Kij mu się gnie jak łuk szalonego aborygena. Kołowrotek trzeszczy jak stare radio a plecionka tnie powietrze jak najlepszy miecz samurajski. Zestaw naprężony niczym stalowe włókno strunobetonu! Jest! Zrobił młyn przy powierzchni.
-Cholera jasna, przecież aligatorów u nas nie ma! – krzyknął wujek Jasiu. – Andrzej nie daj mu zwiać.
Wpłynął w zielsko. Nie dało mu to jednak schronienia. Zestaw był odpowiednio mocny. Esox był jednak cwany i znał wiele sztuczek. Wywijał piruety. Tańczył na ogonie! Raz nawet wyskoczył nad wodę pokazując się w pełnej krasie. Zlecieli się wszyscy wędkarze, którzy jeszcze o tej porze byli nad wodą. To było niezłe widowisko. W końcu po około pięciu minutach zębal skapitulował i dał się podprowadzić do brzegu na tyle aby udało się go podebrać.
Miał całe 92cm…
-Ty cholerny amatorze, a ja Ci taką dobrą błystkę dałem...
Mam nadzieję że co bardziej wytrwali dali radę przebrnąć przez te trzy epizody :). Nie chciałem ich dzielić na części, a od jakiegoś czasu coś mi mówiło aby wreszcie się zmobilizować i napisać o tym.
Ciekaw jestem jakie były wasze wybuchy zazdrości wędkarskiej. Bo wszyscy czasem je przeżywamy. Nie mamy się co oszukiwać :).
Z wędkarskim pozdrowieniem
Mateusz.
PS
Tekst ten dedykuję Ewie, która wróciła do nas po dłuższej przerwie. Jednocześnie gratuluję napisania książki. Witamy w domu :).

Dyskusje i recenzje

Pokaż teksty   
   
Jarosław Szczepaniak

Nawet od jednego z nich zapożyczyłem sposób na sandacza. Zawsze mnie uczono łowić na ciężko z otwartym kabłąkiem, jednak to co wyprawiał pewien amator, to był szczyt bezczelności.
Skubany na pierwszej swoje wyprawie nocnej na sandacza, łowił na sztywno i kosił sandała za sandałem. A my z kumplami staliśmy obok z wytrzeszczonymi gałami. Od tej pory "adoptowałem" jego metodę.

Brawo Mateusz, fajnie się czytało. Gratuluję!

Początek

Bardzo sympatyczne opowiadanko!
Czytając, przypomniałem sobie jak kiedyś, dawno, bo w latach 70, przyszedł do naszego Koła nowicjusz, a w weekend pojechał na swoje pierwsze ryby i to ze spinningiem i wielką blachą. Złowił na nią suma 18 kg.
Szczęście początkującego, frajera, czy jak tam jeszcze zwać. Znane, nie tylko w wędkarstwie, w myślistwie także. Opisane też w literaturze.
I dobrze! To bardzo potrzebne, abyśmy my – „stare wygi” nie popadali w zarozumiałość.

Z zazdrości, szczękościsku i „chodzącego gula” łatwo się można wyleczyć. Cieszmy się razem ze szczęściarzami, szczerze i bez zazdrości, tym bardziej, że ich sukces jest w jakiejś części także i naszą zasługą (zaproponowana miejscόwka, dobrana błystka, dobra rada itp). W takiej sytuacji radość jest podwόjna.

Andrzej

Początek

 
RSS 2.0
PDF
E-mail do moderatorów Wersja drukowalna - Sklep Wędkarski ŻBIK Pomoc Błędy Księga Gości


Reklamy KrokusWędkarstwo spławikoweeZPublishmetki tekstylne i żakardoweSprzęt wędkarskiSystemy CMS

Wielki Portal Wędkarski "Rybie Oko" ma charakter otwarty (podobnie jak Wikipedia), każdy może zgłosić chęć współpracy przy jego budowie, obsłudze, zarządzaniu i zostać Moderatorem. Również każdy, kto ma ochotę stać się współtwórcą Rybiego Oka, może wybrać sobie własną grządkę do uprawiania i wspólnie z innymi czynić ją zgodną z własną wizją. Może uczestniczyć w rozwoju konkretnego istniejącego już działu wędkarskiego (np.Filmy, Fotografie, Sprzęt, Humor, Wody, Łowiska, Linki, itp.) lub też stworzyć całkiem nowy. Jeśli lubisz wędkarstwo i pragniesz zostać współtwórcą Rybiego Oka wypełnij ten Formularz listu E-mail i napisz w nim czym chcesz się zająć, i dlaczego właśnie Ty. Aktualne gremium adminów i moderatorów zadecyduje, czy zasługujesz na taką rolę, jeśli jednak masz chęci i choć nieco wiesz o wędkarstwie zapewne masz duże szanse :).