Rybie Oko/Artykuły/Wspomnienia/Wspomnienia z dobrych czasów
Wspomnienia z dobrych czasów |
Ja zabierałem go na ryby, a on nigdy nie ruszał się z domu bez piersióweczki śliwowicy, oczywiście własnego pędzenia. Był to niesamowity trunek, dość mocny, miał piękny aromat i niezapomniany smak. Do dziś milo wspominam ten smak, choć właściwie nie przepadam za alkoholem.
W latach obfitości sandacza w Zalewie Sulejowskim, często jeździłem na nocki. Moim towarzyszem był mój śp. sąsiad, pan Stasio.
Był to już starszy pan, w wieku 76 lat. Niemniej jednak, bardzo energiczny, zabawny, miły i koleżeński. Był nie tylko wędkarzem, był myśliwym i zagorzałym obrońcą przyrody. Kochał zwierzęta i te kochały jego. Jako jedyna ze znanych mi osób mógł bez problemu pogłaskać każdego psa, a ten zamiast warczeć i atakować najzwyczajniej łasił się do niego. Miał w sobie jakiś dar, był powszechnie lubiany.
Na łowisku ja zajmowałem się łowieniem żywców, a pan Stasio doglądał „dobytku” i przenosił złowione rybki do dołka w ziemi, wypełnionego wodą. Najlepszą przynętą był łatwy do złowienia jazgarz, którego zakładaliśmy na hak za ogon i odcinaliśmy głowę. Zawsze ustawialiśmy swoje wędziska blisko siebie, co dawało nam gwarancję ich upilnowania. Moje kije ustawiałem około 1,5 m, jeden od drugiego, a pomiędzy nimi stojący sygnalizator brań, własnego pomysłu. Zrobiony był z samochodowej lampy sygnalizacyjnej. Ten sygnalizator oznajmiał branie zielonym lub czerwonym światełkiem i piskliwym dźwiękiem. Były wtedy nawet takie przypadki, że po zarzuceniu zestawu, kiedy chciałem powiesić na żyłce dzwonek i wprowadzić ją pod zacisk sygnalizatora, nagle poczułem szarpnięcie, oznajmiające branie ryby.
Warto dodać, że ze względu na charakter dna, łowiliśmy „na sztywno”, z zamkniętym kabłąkiem kołowrotka. Polegało to na tym, że po zarzuceniu, napinałem żyłkę, wieszałem dzwonek opuszczając go do samej ziemi i dopiero wkładałem w zaciski sygnalizatora. Powód był bardzo prosty, łowiliśmy w miejscu, gdzie była duża ilość zaczepów, a i tak złowionym sandaczom haki trzeba było wyciągać przy pomocy szczypiec chirurgicznych z przełyku. Wszyscy moi znajomi mówili na to miejsce „w pieńkach” i nie było w tym żadnej przesady, bo kiedy wypełniano wodą nowo powstający Zalew Sulejowski, ścinano drzewa, jak komu pasowało. Nikomu nie chciało się schylać, więc ścinano na wysokości pasa, czyli około metra.
Pod piaskiem na plaży miałem zakopane cztery kołki, które wbijałem w ziemię i naciągałem folię. Taki prowizoryczny namiot chronił nas od deszczu i wiatru. Po zarzuceniu zestawów robiliśmy kolację, była kiełbaska na gorąco i po kieliszeczku. Często zdarzało się nam, że ryby nie dawały spokojnie zjeść. Pamiętam jak dziś, pierwsze brania zaczynały się przeważnie o godzinie 21.30. Nigdy nie wracaliśmy do domu „o kiju”.
Pan Stanisław miał jeszcze jedną zaletę, podczas, kiedy ja „trenowałem oko”, on stał na straży. Chodził niezmordowanie od kija do kija, sprawdzając, czy przypadkiem już coś nie wzięło. Nigdy się nie położył, czasem tylko na chwilę przysiadł na stołeczku, aby zaraz od nowa zrobić obchód. Za to ja zawsze miałem możliwość wyciągnąć się na przygotowanym posłaniu. Z tym człowiekiem można było pozwolić sobie niemal na każdy żart. Niejednokrotnie, stojąc nad brzegiem, nagle odwracałem się w kierunku jego wędzisk i wołałem: „O!O!O!”, a Pan Stanisław od razu biegł sprawdzić. Ten numer można było z nim powtarzać kilka razy w ciągu jednej nocy, a zawsze odruchowo reagował w ten sam sposób.
Naszym wędkarskim łupem padały przeważnie nieduże sandacze, takie od 1 kilograma do 2.5. Nie były to żadne rewelacje, ale zawsze coś. Sporadycznie zdarzył się większy. Z brzegu nie mieliśmy zbyt wielkich nadziei. Zresztą ja i tak sporadycznie zabierałem jakąś rybę do domu.
Obecnie nie jeżdżę już na noce, bo właściwie nie ma, po co. Może kiedyś jak Sulejów będzie miał odpowiedniego gospodarza i populacja sandacza odrodzi się. Kto wie?
Z wędkarskim pozdrowieniem.
Jarosław Szczepaniak
Inne tego autora: Jarosław Szczepaniak » więcej...
















Dyskusje i komentarze
Piotr Łopaciński
27.04.2005 13:43
Kamil R
25.04.2005 21:24
Ewa Ćwikła
25.04.2005 21:04