Lewe menu

Filtry

Humor»

Ocena: 3,5 Ilość ocen: 9

Ostatnie słowo

- Wczoraj pokłóciłem się z żoną - zwierza się kolega koledze
- I do kogo należało ostatnie słowo?
- Pewnie, że do mnie.
- A co powiedziałeś?
- Powiedziałem: "no już dobrze, kup sobie te buty".

Ostatnie słowo
  • Obecnie 3,5 z 5.
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Ocena: 3,4/5 (9)

Dziękujemy za Twoją ocenę!

Ty już oceniałeś/aś tę stronę, oceny można dokonywać tylko raz!

Twoja ocena została zmieniona, dziękujemy za ocenę!

Hyde Park»

jeszcze.....

Słońce już wyzłociło wszystko:
wody i trawy, dzioby piskląt,
kaczeńce zółte, barwne łąki,
motyle, drzewa i skowronki.

więcej...

jeszcze....
  • Obecnie 4,5 z 5.
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Ocena: 4,5/5 (2)

Dziękujemy za Twoją ocenę!

Ty już oceniałeś/aś tę stronę, oceny można dokonywać tylko raz!

Twoja ocena została zmieniona, dziękujemy za ocenę!

Szukaj

Reklama

Sklepowe newsy »

St. Croix SOLE
St. Croix MOJO SALT CONVENTIONAL
St. Croix MOJO JIG CONVENTIONAL
St. Croix MOJO JIG
St. Croix MOJO SALT
St. Croix Bass X (2017)

Rybie Oko/Artykuły/Wyprawy i ekspedycje/ W pogoni za rzecznym tygrysem 

W pogoni za rzecznym tygrysem

Rating: 0 
Rating count: 0 
 View count: 13233 
Comments count: 3 
ID: 175158 
Node: 140980 

Gdy w pierwszych dniach marca odchodząca zima szczypała jeszcze lodowatym wiatrem, ja żyłem już myślą o majowych boleniach i szczupakach. Maszerując doliną Słupi myślałem o nadchodzącej wiośnie i wygłodniałych aspiusach czekających tylko na możliwość pogoni za wrzuconą do wody przynętą. Wspomnienia zeszłorocznych eskapad doliną Warty i marzenia o nadchodzącym sezonie pozwalały przetrwać chwile zwątpienia we własne umiejętności i jakikolwiek sens wypadów na pomorskie trocie. Nie sądziłem wtedy, że w niedalekiej przyszłości czeka mnie spotkanie z innym przedstawicielem rodziny Salmo – rybą, o której krążą legendy, a która była mi w ogóle nieznana...

Pomysł wyprawy w rejon Pantanalu w gorącej Brazylii, której celem miała być rzeka Paraguai, wydał mi się początkowo zupełnie absurdalny. Wizja kilkudziesięciu godzin w podróży i czekające na nas niebezpieczeństwa w postaci licznych krokodyli, anakond i wszędobylskich piranii przyprawiały o zawrót głowy. Kiedy omawiam z Tomkiem plan wyprawy, dalej nie mogę uwierzyć w to co się dzieje. Jest środek marca, za oknem dziesięć centymetrów śniegu. Tymczasem na końcu świata czeka na nas przygoda życia, spotkanie z legendarną rybą, rzecznym tygrysem – Dourado.

Po pełnej wrażeń trzydziestogodzinnej podróży, w trakcie której zaliczamy trzy nieudane lądowania oraz iście rajdową jazdę z miejscowym taksówkarzem szaleńcem, w końcu docieramy do celu podróży. W leżącym na granicy Brazylii i Boliwii Caceres szybko odnajdujemy nasz hotel, gdzie w progu wita nas zaspany Wojtek.

Cała ekipa śpi, a wieści z nad wody nie napawają optymizmem. Jesień, która w regionie interioru już dawno powinna zagościć, spóźnia się o dobre trzy tygodnie. Jest bardzo gorąco, a do tego leje jak z cebra. Z okolicznych gór spływa ogromna ilość wody, a Paraguai podniesiony jest o półtora metra. Pierwszego dnia wyprawy czteroosobowa ekipa zalicza parę kashor, ale żadnego Dourado. To sytuacja z jaką chłopaki stykają się po raz pierwszy - prawdziwa tragedia. Koryto rzeki jest mocno przelane, a woda kolorem przypomina kawę z mlekiem. Gdzie nie spojrzeć pozalewane lasy namorzynowe i wszechogarniająca zieleń tropiku. Są jednak głosy, że w najbliższych dwóch dniach sytuacja ma się poprawić. Wraz z Tomkiem i Wojtkiem pakujemy się na 5-metrową aluminiową łódź i prowadzeni nosem miejscowego „piloteiro” płyniemy na pierwszy rekonesans. W trakcie całego spływu łowimy dwie dość ładne kashory, a w dole za ostrym zakrętem mam potężne branie, po którym plecionka 0.23 pęka jak nitka. Wojtek uważa, że mógł to być spory dourado i przyznaje, że nie liczył na tak dobre jak na dwie godziny pływania wyniki. Mówi to z małym przekąsem, bo normalnie w dwie godziny można tu nałowić tyle, co u nas przez dobry miesiąc. Mimo to w bardzo dobrych nastrojach wracamy do hotelu, a po wypiciu paru piwek i zapoznaniu się z resztą ekipy idziemy spać. Wczesnym rankiem budzimy się z nadzieją na spotkanie z upragniona zdobyczą i ruszamy na przystań, gdzie czekają przygotowane łodzie i miejscowi przewodnicy. Wszyscy wybierają kierunek północny i początkowo razem płyniemy w górę rzeki.

Dziś na łodzi jesteśmy już tylko Tomek i ja, zdani na umiejętności i wiedzę przydzielonego nam przewodnika. W ciągu całego dnia próbujemy wszystkich sposobów, aby zlokalizować rozproszone po rzece ryby. Do wody lecą ciężkie trociowe wahadłówki, wirówki i przeróżne woblery. Łowimy z prądem i pod prąd, płytko i głęboko, niestety bez skutku…I choć co chwilę zmagamy się z kolejnymi kashorami, to „rzeczny tygrys” wciąż pozostaje dla nas nieuchwytny. Późnym wieczorem od chłopaków dowiadujemy się, że daleko w górze rzeki zaliczyli dwie ryby. Z wielką ciekawością oglądamy zdjęcia i filmy nakręcone podczas holu. Obie zostały wyciągnięte na zestaw, którym z powodzeniem można by łowić pstrągi. Mały 4-centymetrowy woblerek imitujący piranię okazał się strzałem w dziesiątkę. Na drugiej łodzi Wojtek również zalicza swojego dourado.

Dourado

Celnym rzutem pod samą skarpę skutecznie prowokuje przyczajoną rybę do brutalnego ataku. A więc jako jedyni nie mamy sukcesu na koncie…Złowienie tuzina kashor, w tym paru metrowych, wcale nie poprawia nam humoru i pełni podziwu, a jednocześnie lekko sfrustrowani, oddalamy się na spoczynek. Przed nami ostatni dzień pogoni za upragnioną zdobyczą i jednocześnie ostatni dzień na uratowanie splamionego honoru. Rano budzimy się jako pierwsi i po trzydziestu minutach lądujemy na przystani. Są z nami Leszek i Andrzej, którzy wczoraj wyciągnęli dwa dourado. Postanawiają płynąć w ten sam rejon czyli daleko w górę rzeki, tam gdzie woda jest odrobinę czystsza. Na niebie zbierają się chmury i pomimo bardzo wczesnej pory temperatura osiąga poziom ciężki do zniesienia dla przeciętnego europejczyka. Termometr pokazuje trzydzieści stopni, jest piata rano… Wsiadając do łódki żartujemy sobie, że dzisiaj na pewno połowimy, bo przewodnik nie wiedzieć czemu założył koszulkę z dwoma pięknymi dourado na klatce piersiowej. Okazało się, że Wojtek wcześniej zasięgnął języka u starego indiańskiego przewodnika i postanowił nakłonić resztę na płynięcie w dół rzeki, co nie ukrywam bardzo mi się nie spodobało. Nauczony wieloma porażkami uważałem, że nie powinniśmy ryzykować płynięcia w dół, gdzie woda była bardzo wysoka i brudna. W głowie majaczył mi obraz ryb wyciągniętych wczoraj w górze rzeki i perspektywa kolejnej porażki w nowym, nieznanym przecież miejscu. Z każdym pokonywanym kilometrem moje obawy przybierały na sile, a widok stawał się coraz bardziej nieciekawy. Rzeka z wąskiej szybko płynącej wody zamieniła się w brązowe bajora z praktycznie stojącą breją. Po dziesięciu minutach mamy pierwsze kashory na koncie, a ja cały czas próbuję przekonać Tomka do zmiany decyzji i płynięcia w górę póki mamy jeszcze na tyle paliwa. Po małej sprzeczce odkładam wędkę i na znak protestu rozsiadam się wygodnie.

Przewodnik przeczuwając zbliżający się bunt na pokładzie postanawia zabrać nas w inny rejon i już po chwili ruszamy spróbować swoich sił w głównym korycie. Wkrótce wypływamy na otwarte wody Paraguai-u i gnamy z prądem w dół rzeki. Krajobraz poprawia się z każdą sekundą i już po chwili zatrzymujemy się w ciekawym na pierwszy rzut oka miejscu. Na zewnętrznym zakręcie podniesiony Paraquai utworzył dość spore zakole z odchodzącą od niego odnogą o szerokości około dziesięciu metrów. Po obydwu stronach cypla atakowanego przez główny nurt zauważamy dwa głębokie wlewy dające początek szybkim i bardzo wąskim kanałom. Pierwszy rzut jest niedokładny, przynęta ląduje bowiem jakiś metr od napływu wąskiego przepustu miedzy drzewami. Szybkie przeciągnięcie nie przynosi brania. W tym czasie Tomek holuje kolejną kashorę, tym razem jest to wyjątkowo waleczny okaz i w ostrym nurcie pojedynek trochę się przeciąga. W końcu podbieram ją chwytakiem, potem szybka sesja zdjęciowa i ryba wraca do wody. Biorę z powrotem wędkę do ręki i rzucam, tym razem nie pudłuję - wobler ląduje dwa metry za krawędzią wlewu po lewej stronie cypla. W momencie upadku przynęty na powierzchnię wody zamykam kabłąk i zaczynam szybko zwijać. Kiedy przynęta wchodzi na krawędź wlewu następuje potężny atak. W pierwszej chwili jestem oszołomiony i tylko wyrobiony odruch każe mi silnie zaciąć. Ryba natychmiast odpowiada i piętnaście metrów przed nami woda rozstępuje się, a w powietrze jak pocisk wylatuje iskrzący się w równikowym słońcu, złocisty dourado. Przewodnik z wyraźną satysfakcja krzyczy, że to ryba której szukamy, a ja nie mogę uwierzyć we własne szczęście. Natychmiast staję na dziobie i wkładam wędkę do wody – nie mogę pozwolić jej na kolejne wyskoki. Dourado ma bowiem bardzo twardy, zbudowany z płytek kostnych pysk i poza nożyczkami oraz małym obszarem w dolnej części szczęki normalne zacięcie nie jest praktycznie możliwe. Podczas ostrej walki przekonuję się na własnej skórze, że sposób w jaki ryba używa swojej siły w połączeniu z masą jest godny najwyższego szacunku wędkarza.

W trakcie kilku-minutowej batalii, ryba prezentuje cały wachlarz sztuczek w postaci krótkich, ale bardzo agresywnych odjazdów, prób wyskoków nad wodę i murowania do dna w ostrym rzecznym nurcie. Kiedy w końcu wyciągamy ją na pokład jesteśmy urzeczeni jej pięknem. Muskularne ciało pokryte jest złotą łuską i wplecioną w nią siateczką z czarnych kropek. Potężne szczęki zaś skrywają niesamowicie mocne i ostre jak brzytwa trójkątne zęby. Jej siłę napędową stanowi krwiście czerwony, wachlarzowaty ogon, a mała płetwa tłuszczowa zdradza szlachetny rodowód. Kiedy emocje opadają otrzymuję ostrą ripostę od Tomka w postaci cytatów moich wypowiedzi sprzed kilkunastu jeszcze minut. W tej chwili jednak chcę go tylko ucałować za to, że nie dał się złamać i mnie nie posłuchał. Jak się później okaże grupa łowiąca w górze rzeki nie zaliczy nawet kontaktu. Jeszcze tylko krótka sesja zdjęciowa i ryba w świetnej kondycji wraca do wody. Przez następną godzinę obławiamy to jedno zakole, ale bez efektu. Po krótkiej analizie tego co zaszło polecamy przewodnikowi szukać miejsc, gdzie główna rzeka utworzyła mniejsze, płytsze i znacznie czystsze przelewy, odprowadzając nadmiar wody z głównego koryta. Przepływamy trochę niżej na drugą stronę rzeki, gdzie nawiązujemy radiowy kontakt ze spóźnionymi Wojtkiem i Piotrem. Przekazujemy im radosną nowinę i postanawiamy szukać tego typu miejsc pozostając jednocześnie w ciągłym kontakcie. Po kilku minutach płynięcia w dół naszym oczom ukazuje się wymarzona miejscówka: na delikatnym lewym łuku rzeka przelała koryto tworząc płytką i dosyć szeroką odnogę, porośniętą długimi warkoczami roślin. U wejścia tego dopływu utworzył się około pięciometrowy pas spokojnej wody z nieznacznymi zwarami na powierzchni. Dalej znajdowało się mocne wypłycenie, gdzie dno gwałtownie wznosiło się z trzech metrów na półtora. Tu koryto powstałego kanału zwężało się, a nurt gwałtownie przyspieszał przechodząc w regularną odnogę o głębokości około jednego metra. Kiedy znajdujemy się na wysokości początku przelewu, jakieś sto pięćdziesiąt metrów niżej zauważam charakterystyczną łódź Wojtka, Piotrek holuje pierwszą rybę...

Kashora

Nie patrzę jednak długo, bo spływamy z prędkością pozwalającą oddać maksymalnie trzy kilkunastometrowe rzuty. Nie mogę przegapić momentu, w którym będę miał możliwość poprowadzenia woblera przez środek przelewu, między wstęgami roślin. Biorę zamach i wykonuję pierwszy, dokładny rzut. W momencie kiedy przynęta wpada do wody agresywnie przycinam i jednocześnie zaczynam szybko ściągać. Kiedy wobler opuszcza płytszy kanał z szybkim uciągiem i wychodzi na głębszy odcinek potężne kopnięcie prawie wyrywa mi wędkę z rąk. Tak jak poprzednio, ryba natychmiast rozpędza się i w odległości paru metrów od łódki wyskakuje wysoko w powietrze próbując pozbyć się przynęty z pyska. Oszołomiony adrenaliną, widzę wszystko jakby w zwolnionym tempie, około pięciokilowy samiec z impetem wpada z powrotem do wody, a ja zamieram, na wędce czuję bowiem luz…Szybko wykonuję kilka pokręceń korbką i z ulgą odzyskuję kontakt z zacięta rybą. Czuję, że na drugim końcu zestawu w dalszym ciągu pulsuje dostojny ciężar okazałego dourado. Ryba walczy inaczej, ciąga nas za sobą w tą i z powrotem od czasu do czasu potrząsając tylko łbem.

Chata przewodnika

Kilkakrotnie próbuje wyskakiwać nad powierzchnię wody, lecz głęboko zanurzona wędka pomaga w odwiedzeniu jej od tego zamiaru. Podczas walki przewodnik cały czas sprawnie manewruje łodzią ułatwiając tym samym kontrolę nad rozwścieczoną rybą. Po około pięciu minutach przeciągania liny Tomek sprawnie podbiera piękny okaz i delikatnie układa zmęczoną rybę na pokładzie. Waga pokazuje cztery i pół kilo. Szczęśliwi robimy kilka zdjęć i zwracamy jej wolność. Miejsce okazuje się istnym douradowym El „Dorado” i w trakcie kilkunastu następnych napłynięć mamy na wędkach jeszcze dziesięć ryb, z czego tylko cztery udaje się nam pokonać. Na koniec postanawiamy przywiązać łódź do jednej z kęp roślin na krawędzi przelewu i spenetrować płytki pas wody przed nami. Po krótkiej chwili widzimy jednak ataki ryby w obrębie głębokiej strefy łączącej dopływ z głównym koryte

m rzeki. Szybko zakładam slidera dziesiątkę, odwracam się i posyłam go parę metrów wyżej, w główne koryto rzeki. Przynęta spływając z prądem zaczyna skręcać i wpływać w naszą odnogę. Wyraźnie czuję na wędce charakterystyczne bicie slidera i kiedy przepływa on przez środek głębokiego dołu czuję potężne uderzenie. Scenariusz ten sam – ryba natychmiast katapultuje się wysoko w powietrze, a naszym oczom ukazuje się okaz, który zdaniem przewodnika ma około siedem kilo. Niestety po wpadnięciu do wody ryba wyhacza się, a ja ściągam swobodnie przynętę w kierunku łodzi. Kiedy oglądamy slidera okazuje się, że oryginalne i przez roztargnienie niezmienione kotwice nie wytrzymały olbrzymiej siły uścisku szczęk tej ryby. Na dwóch kotwicach widnieją po dwa mocno rozgięte groty nie pozostawiając nam złudzeń co do ich przydatności w walce z tak dużymi i silnymi przeciwnikami jak Dourado.

Slider

Odczuwamy lekkie rozczarowanie, lecz tylko przez chwilę, bowiem ilość wrażeń jaką dzisiaj zafundował nam Paraguai z pewnością wystarczy na kolejne miesiące poprzedzające następną wyprawę w poszukiwaniu rzecznego tygrysa – Dourado.

Reviews and comments

Standard view   
   

Drogi kolego! Ta ryba, tzw. tygrys rzeczny inaczej dorado to nie jest przedstawiciel rodziny Salmonidae (łososiowate) ale zupełnie innej grupy, również mającej płetwę tłuszczową Characiformes (kąsaczowce) do której należy również popularny w akwarystyce neon czy zwinnik. Radziłbym zawsze trochę się przygotować "naukowo" do wypraw.
Pozdrawiam
Aleksander Seget )

Początek

Super przygoda,egzotyczne ryby,bajka,zdrowo zazdroszcze Pozdrawiam.

Początek

kleniozaur

Piękna przygoda i piękne ryby.....gratuluję pozdrawiam Cię ps. prześlij coś na priva, na pewno wypstrykałeś ze trzy karty

Początek

 
RSS 2.0
PDF
E-mail do moderatorów Wersja drukowalna - Sklep Wędkarski ŻBIK Pomoc Błędy Księga Gości


Reklamy KrokusWszywkiDarmowy ERP i CRM - OpenERP - obecnie nazywany OdooBlog o CMSOpen source ERP i CRM - OpenERP - obecnie nazywany OdooMetki odzieżowe

Wielki Portal Wędkarski "Rybie Oko" ma charakter otwarty (podobnie jak Wikipedia), każdy może zgłosić chęć współpracy przy jego budowie, obsłudze, zarządzaniu i zostać Moderatorem. Również każdy, kto ma ochotę stać się współtwórcą Rybiego Oka, może wybrać sobie własną grządkę do uprawiania i wspólnie z innymi czynić ją zgodną z własną wizją. Może uczestniczyć w rozwoju konkretnego istniejącego już działu wędkarskiego (np.Filmy, Fotografie, Sprzęt, Humor, Wody, Łowiska, Linki, itp.) lub też stworzyć całkiem nowy. Jeśli lubisz wędkarstwo i pragniesz zostać współtwórcą Rybiego Oka wypełnij ten Formularz listu E-mail i napisz w nim czym chcesz się zająć, i dlaczego właśnie Ty. Aktualne gremium adminów i moderatorów zadecyduje, czy zasługujesz na taką rolę, jeśli jednak masz chęci i choć nieco wiesz o wędkarstwie zapewne masz duże szanse :).