Rybie Oko/Artículos/Ojo del Pez/Pamięci Czesława M.
Pamięci Czesława M. |
Początek listopada. Czas zadumy i czas wspomnień o tych, którzy odeszli na zawsze z ziemskiego padołu. Pozostali w naszych sercach i naszych myślach. Pójdziemy na ich groby, zapalimy znicze. Właśnie mija rocznica śmierci Czesława M, kolegi po kiju. Ten artykuł jest hołdem, złożonym jemu jak i innym kolegom wędkarzom. Requiem in pacem.
Czesław był dużo starszy ode mnie ale jak sięgam pamięcią, zawsze związany był z wędkarstwem. Gdy dziś patrzę z perspektywy czasu, to można się pokusić o stwierdzenie, że wędkowanie było ważną częścia jego życia. Więcej. Było sposobem na życie. Nie był wędkarzem błyskotliwym. Imponował mi jego wędkarski upór i skuteczność. Był równiez wspaniałym organizatorem pracy w Kole wędkarskim, do którego należałem.
Przez ponad dwadzieścia lat wiceprezesował jako v-ce prezes d/s organizacyjnych. Wielokrotnie namawialiśmy go na objęcie funkcji prezesa a on systematycznie odmawiał, argumentując zawsze tak samo. "V-ce to ja mogę być, na Prezesa się nie nadaję. Prezesem powinien być ktoś młodszy, o szerszych perspektywach myślenia." Sytuacja powtarzała się, przy każdych wyborach władz Koła.
Z wykształcenia był technologiem i długo zajmował stanowisko Głównego Technologa w firmie. Dla członków Koła to było dobrodziejstwo. Miał smykałkę do wymyślania blach wahadłowych. Takie blachy jak wymyślił Czesław, to ze świeczką szukać. Alga z Polspiningu to było gucio w stosunku do Czesławowej Algi. Ale hitem była blacha typu łyżeczkowego, opracowana przez niego. Dziś trudno by było zliczyć ile setek szczupaków skusiło się na to cudo. Śmiesznie to wyglądało, gdy ponad trzydziestu chłopa, młóciło wody Warty czy Odry takimi samymi blachami, skutecznie trzebiąc stada szczupaków.
Gdy przyszły chude lata osiemdziesiąte i sklepy wedkarskie świeciły pustkami, byliśmy jak Krezusi, hojnie obdarowani "czesławowymi blachami". A schemat był zawsze taki sam. Najpierw prototyp, próby i gdy się sprawdziło, produkcja na dużą skalę. Żadnego klamizerstwa. Był technologiem i technologicznie było dopracowane na cacy. Wykrojniki, gietniki, pokrywanie galwaniczne cyną, kadmem czy cynkiem. Oj zazdroszczono nam wtedy i Czesława i jego blach.
Czesław kochał spining. Tylko sporadycznie łowił na spławik czy z gruntu. Nawet wtedy gdy dopadły go choróbska, zaciskał zęby i machał spinem. I był skuteczny, piekielnie skuteczny. Sposób jakiego się imał, mnie osobiście nie bardzo przypadał do gustu. Wtedy raczej zaliczałem się do długodystansowców. Jak nie przedeptałem paru dobrych kilometrów to dzień był stracony. Czesław był moim przeciwieństwem. Dwie, trzy ostrogi obławiane z uporem maniaka. Ja zasuwałem kilometry a on czesał wodę. Rezultaty były zbliżone. Nie było wyjazdu aby Czesław nie wyjął szczupaka.
Czesławowi przybywało lat i przybywało problemów zdrowotnych. Miażdzyca robiła spustoszenie w organiźmie i skończyło się na wszczepieniu by-passów z zaleceniem prowadzenia spokojniejszego trybu życia. Nawet nie dopuszczał myśli aby zostać marabutem, markotnie siedzącym nad gruntówkami. Trochę odpuścił ale nadal liczył sie tylko spining i jedna ryba, szczupak.
Pamietam jak kiedyś zadałem mu pytanie:
-Panie Czesławie, nie nuży Pana takie uporczywe czesanie jednej czy dwóch ostróg?
-Kochany! Ryba jest prawie wszędzie. Najważniejsze, to trafić na ten moment gdy zaczyna źreć.
Sądząc po jego wynikach chyba jednak miał rację.
Był zwolennikiem blach wahadłowych, które sobie upodobał. Ale wędkarstwo zaczęło się zmieniać. Wahadła poszły w kąt. Zaczęła dominowac "guma". Nie miał przekonania do tej przynęty i ciężko mu było się przestawić na rippery czy kopyta. Pamiętam jak dziś, ten dzień, w którym ostatni raz widziałem Czesława. To było prawie dokładnie rok temu. Pojechaliśmy mikrobusem na Odrę, wszystkiego jedenastu chłopa. Czesław łowił jedną ostrogę poniżej mnie. Łowił tak jak zawsze. Godzinę napływ, godzinę na zapływie. Mozolne czesanie wody. Postanowiłem na chwilę podejśc do niego i trochę pogadać, nie widzieliśmy się dobre dwa lata.
-Widzę, że stare nawyki zostały, Czesiek? Wahadło i czesanie wody.
-Tego już chyba nie zmienię. Zdrowie już nie takie. Najwazniejsze to być na rybach. Dwa razy mi coś puknęło ale nie zaciąłem. Łowisz na kopyto, może Tobie weźmie. Rzuć parę razy a ja chwilę odpocznę.
Rzuciłem. Być może przypadek, może los tak chciał. Na średniego Relaxa przywalił szczupaczek. Żadne cudo, ot takie pótora kilo.
-Cholera! Jednak te gumy są skuteczne a ja nie wiem jak na to łowić. Pokaż jak łowisz.
Pokazałem mu parę knyfów z odrywaniem od dna, z łagodnym prowadzeniem, z szuraniem po dnie. Zajarzył. Dałem mu parę główek i trochę seledynów. Odałem mu również szczupaka. Był przecież jego. Ja go tylko wyjąłem a to przecież on mi go "wystawił".
Tydzień później, Czesław pojechał w to samo miejsce ze swoim serdecznym przyjacielem. Łowił na tej samej ostrodze. Przyjaciel poszedł w dół rzeki. Gdy wrócił, Czesław leżał martwy na ostrodze. Rozległy zawał, rozerwał serce. Odszedł jak na wędkarza przystało. Z wędką w ręce.
To bardzo osobisty tekst, nie przeznaczony do oceny. Zastanawiałem się czy go umieścić na RO. Ale chyba byłem winien to memu koledze po kiju, Czesławowi M.
El otro del este autor : Ryszard Siejakowski » Más...


















Comentarios