Rybie Oko/Artículos/Parágrafos /Quo vadis/Hipokryzja i bezwzględność działaczy.
Hipokryzja i bezwzględność działaczy. |
Jest określona prawidłowość w działalności stowarzyszenia zwanego PZW. Im mniej ryb w wodach, tym mniej wędkarstwa w stowarzyszeniu. Stowarzyszenie nie powstało po to aby być związkiem sportowym. Stowarzyszenie powstało po to aby krzewić ideę szlachetnego połowu ryb i umiłowania do przyrody oraz jej chronienia. Takie a nie inne założenia legły kiedyś u podstawy zrzeszania się ludzi, ogarniętych pasją wędkowania. Z momentem dorwania się do władzy w stowarzyszeniu grupy kombinatorów, to wszystko stało się mało istotne. Powstało pilne zapotrzebowanie na sukces. W miarę szybki i medialnie nośny. Jedną grupę kombinatorów, działaczy, szybko poparła druga grupa kombinatorów, tak zwanych sportowców. Nie bardzo wiem, co ma wspólnego łowienie ryb ze sportem. Zapewne tyle samo jak corrida w Hiszpanii czy ujeżdżanie buhaja w Stanach Zjednoczonych na rodeo przez kowbojów. Tak na poważnie biorąc to gra w klipę jest bardziej sportowa niż łowienie ryb. Słowo stało się ciałem i teraz PZW jest przede wszystkim związkiem sportowym. Kilkaset tysięcy, w większości biernych członków stowarzyszenia, płaci za wątpliwie etyczny sport, dla garstki "zawodników". I jednego nie można odmówić, są sukcesy na tym polu. Wszędzie są porażki, a sukces sportowy jest, jak jasna cholera. I o to przede wszystkim szło. Gdy nie można sie pochwalić osiągnięciami w ochronie wód, w poprawie rybostanu, w pracy z młodzieżą, w podnoszeniu etyki wędkarskiej, to zawsze można wyciągnąć królika z kapelusza i pokazać osiągnięcia w "sporcie". Najbardziej zabawnym elementem tegoż "sportu" jest rozgrywanie zawodów na tzw. żywej rybie. Niby oczywiste, bo to świadczyć może o etyce a w praktyce czysta hipokryzja, na którą mogą się nabrać tylko głupcy i naiwni. Organizowanie zawodów na żywej rybie nigdy nie miało nic wspólnego z etyką wędkarską. To był przede wszystkim sposób na ominięcie zapisów o wymiarach ochronnych. Bo jakże pięknie medialnie brzmi pusty slogan, zawody na żywej rybie. Dwa czy trzy lata temu byłem świadkiem zawodów, też nomen omen organizowanych pod tym szczytnym hasłem. Gościu zasuwał z boleniem przeszło kilometr do sędziego aby mu odfajkował złowiony łup. Głupi boleń, zamiast docenić wysiłek "zawodnika" i olewactwo sędziego, przed doniesieniem wyzionął ducha. Wyjątkowo niewdzięczny był ten boleń i jakiś taki słaby fizycznie. Żeby nie wytrzymać jednego kilometra. Po prostu zwykły słabeusz.
I już na zakończenie, jedna refleksja. Wszędzie tam gdzie organizuje się różnego rodzaje zawody na świecie, polegające na łapaniu planktonu rybiego i niezbyt wyrośniętych sztuk, osiągamy zdecydowane sukcesy. Gdy przychodzi do konfrontacji prawdziwych mistrzów, gdzie premiowane jest złowienie największej ryby, "zaliczamy" odległe pozycje. Warto się nad tym zastanowić, naprawdę warto.
Pozdrawiam
Relacionado con |


















