Lewe menu

Filtry

Humor»

Ocena: 1,5 Ilość ocen: 3

Kierowca

- Powinienem zwolnić swojego kierowcę, mówi minister do żony.
- Jeździ jak wariat, już piąty raz ledwo uszedłem z życiem...
- Daj mu jeszcze jedną szansę!

Kierowca
  • Obecnie 1,5 z 5.
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Ocena: 1,7/5 (3)

Dziękujemy za Twoją ocenę!

Ty już oceniałeś/aś tę stronę, oceny można dokonywać tylko raz!

Twoja ocena została zmieniona, dziękujemy za ocenę!

Hyde Park»

A miałem jechać na nockę.

Diablo jest mistrzem. Diablo jest wielki.
W górę kieliszki, szampan bąbelki.
Co za technika, jaka finezja,
Krzyśka potyczki sama poezja.

Taniec na nogach, sierpy,uniki,
zachwyca speców, zero krytyki.
Końcowy gong i ręce w górę.
Diablo zwycięża. Diablo jest królem.

Diabli z zasiadką, diabli z rybami,
Diablo championem, Diabla się chwali.
Puściły nerwy już się skończyło.
Zaraz chwileczkę, to mi się śniło?

Mamy mistrza czy nie?
  • Obecnie 4 z 5.
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Ocena: 4,2/5 (19)

Dziękujemy za Twoją ocenę!

Ty już oceniałeś/aś tę stronę, oceny można dokonywać tylko raz!

Twoja ocena została zmieniona, dziękujemy za ocenę!

Pomoc nie zawsze pożądana....

Ocena: 5,75 Ilość ocen: 4Ocena: 5,75 Ilość ocen: 4Ocena: 5,75 Ilość ocen: 4Ocena: 5,75 Ilość ocen: 4Ocena: 5,75 Ilość ocen: 4Ocena: 5,75 Ilość ocen: 4  hit
Ocena: 5,75 
Ilość ocen: 4 
 Ilość wyświetleń: 4444 
Komentarzy: 4 
ID: 10009 
Węzeł: 7982 
Primum non nocere

Wracaliśmy znad rzeki, niezbyt zadowoleni z efektów zasiadki. Jakieś zaliczki na płotki, okonki, którym daleko było do miana „patelniaków”, leszczyki wielkości dłoni.... Jednym słowem – kicha! Odczepione z haczyka wracały do wody, ale jakoś nie powiadamiały rodziny, że czekamy na brzegu. Nic większego nie trąciło nawet zwierzątek na haczyku. Humory były japońskie: jako- takie, ale obeszło się bez suszi. Właściwie niezupełnie: suszi się moja skarpeta, zamoczona w mało chwalebnych okolicznościach. Dochodziło południe. Nigdzie nam się nie spieszyło: wakacje były w pełni, lipcowy żar lał się z nieba, tyle, że ryby nie chciały brać. Postanowiliśmy pojechać okrężną drogą, aby odwiedzić rekomendowane przez kolegę letnisko w dawnym młynie. Może na kilka dni w sierpniu uda nam się wyrwać?....

.... No, trzeba przyznać, że nas zamurowało: stary, szachulcowy młyn z drewnianym kołem, wciąż jeszcze nabierającym wodę i wspaniałe rozlewisko ze dwadzieścia metrów szerokości, długie może na 80m, okolone tatarakiem, wspaniale porośnięte biało-różowymi grzybieniami i żółtymi grążelami. W powietrzu tańczyły rzesze ważek wszelkiej maści a na zatopionym pniu patrolowała lustro czujna czapla. Gotowa byłam poprosić Tomasza, żeby mnie uszczypnął: taki widok jak dotąd znaliśmy tylko z fotografii – i to nie własnych..... decyzje podjęliśmy natychmiast: zostajemy tu do wieczora! Tomasz poszedł pertraktować z gospodarzem a ja stanęłam na drewnianym mostku. Woda w tym miejscu była przejrzysta, lekko brunatna. Słońce tańczyło na drobniutkiej falce. Przy wielkich liściach grzybieni buszowała drobnica. Nagle rozprysła się na wszystkie strony: polowały okonie. Po lewej stronie, na stawce wśród tataraku siedział wędkarz. Kilka metrów przed nim, tuż obok białego kwiatu wystawała z wody antenka spławika. Senna cisza lipcowego południa kołysała go nieznacznie. Czy tylko?.... Zaczęłam uważniej patrzeć. Widok z mostku był jak w teatrze:
spławik przesunął się kilka centymetrów... Czułam takie samo napięcie, jak tamten wędkarz. Adrenalina ruszyła. Gotowa byłam biec do niego, żeby choć statystować. Rozsądek na szczęście wziął górę: po pierwsze stąd doskonale widać a po drugie – nie będę psuła chłopu przyjemności. A może w odwrotnej kolejności? Nie pamiętam. Święta nie jestem, może właśnie ta kolejność była taka, nie do końca układna...W każdym razie tkwiłam dalej na mostku a oczy mało mi nie wyskoczyły. Spławik stał nieruchomo.... Kurczę, pociamkała i poszła..... szkoda, w takim miejscu mogła być niezła sztuka!... Nie, nie poszła!!! Spławik znów drgnął, zakołysał się i przesunął następne kilka centymetrów! Czyżby?!?! Znów dłuższą chwilę nic się nie działo. Wędkarz na brzegu zgarbił się lekko. W całej sylwetce widać było oczekiwanie. Ręka wyciągnięta w stronę wędziska zawisła w powietrzu, gotowa do błyskawicznego chwytu. Nie był młody. Spod czapeczki srebrzyły się włosy. Twarz ukryta w cieniu i przesłonięta dużymi, ciemnymi okularami nie była widoczna. Łowił tylko na jedną wędkę, obok, wsparty na tataraku stał podbierak. Wróciłam oczami do spławika. Stał dalej nieruchomo. Po chwili jednak drgnął, uniósł się nieznacznie i zrobił maleńkie kółeczko. Znieruchomiał, ruszył w bok i ... ostro pod wodę. Zacięcie musiało nastąpić właśnie wtedy. Nie widziałam tego momentu, ale wędkarz już stał. Przewrócony stołeczek był świadectwem jak szybko zareagował i ile wysiłku musiało go to kosztować. Obserwowałam jego zmagania z rybą. Widać w nich było wiedzę z wielu lat wędkowania, cierpliwość i mądrość doświadczonego łowcy. Kontrolował rybę, choć nie bez wysiłku. Nie pozwalał jej uciec w grążele, zmuszał do walki na otwartej wodzie. Kiedy po blisko 10 minutach sięgnął ręką po podbierak – ryba raz jeszcze odjechała. Podbierak wypadł mu z ręki. Widziałam, że jest zmęczony. Bez zastanowienia zbiegłam z mostku i poleciałam do niego. Po co? Chyba w normalnym, ludzkim odruchu: żeby pomóc, podać ten cholerny podbierak...może żeby zobaczyć z bliska finał? Z resztą Bóg jeden wie, po co tak naprawdę. Może z ciekawości, czy to będzie lin, jak mi się wydawało? Dopadłam brzegu i zapytałam:
-Podebrać panu? Pomóc coś?
W jego oczach zobaczyłam taki wyrzut i potępienie,że aż się cofnęłam. I wtedy przyszło zastanowienie i zrozumienie: to była j e g o ryba, j e g o walka i j e g o zwycięstwo. Z trudem schylił się i podniósł podbierak. Wolno doholował rybę, podebrał ją i wyniósł na trawę. Wtedy dopiero spojrzał na mnie: cała jego twarz, opalona na brąz i pokryta siecią zmarszczek promieniała uśmiechem. Uśmiechały się oczy, usta, każda fałda skóry.... Naraz niespokojnie położył rękę na piersi.... Twarz mu nieco pobladła.
- Co panu jest?- zaniepokoiłam się i podsunęłam mu stołeczek.
- Serce, ale to nic, już przechodzi... Wiek daje znać o sobie... i te emocje... Już lepiej...
Pogrzebał w kieszeni, wyjął z niej buteleczkę z tabletkami. Jedną pieczołowicie umieścił pod językiem.
- Ja po zawale jestem. Lekarz kazał zdrowo żyć, to zacząłem częściej bywać nad wodą. Tylko nie mogę się dostosować do drugiego zalecenia: unikać emocji- uśmiechnął się już raźniej.
Przysunął podbierak i razem zajrzeliśmy do środka. Był w nim piękny, złoto-oliwkowy lin, na oko ponad dwa i pół kilo. Wędkarz rozjaśnił się jeszcze bardziej. Zupełnie jakby w jego wnętrzu ktoś zapalił cudowną latarenkę. Ostrożnie wypiął z pyska ryby haczyk, pogładził ją pieszczotliwie i ... pochylając się nad lustrem delikatnie wpuścił ją do wody. Potem odwrócił się do mnie.
- Pani się pewno dziwi, że go wypuściłem?
- Nie, raczej nie, sama też zwykle wypuszczam. A nie szkoda panu było? Taki okaz nie każdy zdolny jest ułaskawić.
- Okaz, pani mówi? Pewnie i racja. Przychodzę tutaj osiem lat, odkąd jestem na emeryturze. Jeszcze nigdy takiego nie złapałem. Chciałem sam..... pani rozumie? Pani się nie gniewa na starego człowieka, że ma swoje fanaberie.
- To ja przepraszam, bo zepsułabym panu przyjemność. Pewnie w takiej chwili też nie chciałabym wspólnika.
- Pani wędkuje? Myślałem, że się przesłyszałem... A za pomoc dziękuję. Dobrze, że pani podeszła. Faktycznie, trochę się źle poczułem.
Pogawędziliśmy jeszcze parę minut. Starszy pan zwinął wędkę i zebrał się do powrotu. Pożegnałam go, życząc tradycyjnie „połamania kija”. Oboje mieliśmy nadzieję, że spotkamy się w sierpniu. Odprowadziłam go do mostku i patrzyłam, jak ginął za zakrętem drogi.
Od strony młyna nadciągał Tomasz, skrzywiony jak ocet siedmiu złodziei. Niestety: mina mojego ślubnego dowodziła jasno, że na miejsce w sierpniu nie ma co liczyć. Posiedzieliśmy do wieczora nad wodą. Mimo licznych brań nie udało się powtórzyć wyczynu starszego pana. Nie wróciliśmy również dotąd nad rozlewisko. Może w tym roku...... Wakacje coraz bliżej.

Dyskusje i recenzje

Schowaj teksty   
   

Pięknie to opisałaś. Dzięki za tę chwilkę zadumy.
Andrzej

Początek

Piękne opowiadanie. Pobudza do myślenia....

Początek

Ryszard Siejakowski

Baaaardzo....

Początek

Pewnie jeszcze gdzieś są, ale ..... nie pisz gdzie. Nie pozbawiaj czytelników przyjemności własnego odkrywania.

Początek

 
RSS 2.0
PDF
E-mail do moderatorów Wersja drukowalna - Sklep Wędkarski ŻBIK Pomoc Błędy Księga Gości
Reklamy Krokus: Świat Druku - ciekawe linki

Wielki Portal Wędkarski "Rybie Oko" ma charakter otwarty (podobnie jak Wikipedia), każdy może zgłosić chęć współpracy przy jego budowie, obsłudze, zarządzaniu i zostać Moderatorem. Również każdy, kto ma ochotę stać się współtwórcą Rybiego Oka, może wybrać sobie własną grządkę do uprawiania i wspólnie z innymi czynić ją zgodną z własną wizją. Może uczestniczyć w rozwoju konkretnego istniejącego już działu wędkarskiego (np.Filmy, Fotografie, Sprzęt, Humor, Wody, Łowiska, Linki, itp.) lub też stworzyć całkiem nowy. Jeśli lubisz wędkarstwo i pragniesz zostać współtwórcą Rybiego Oka wypełnij ten Formularz listu E-mail i napisz w nim czym chcesz się zająć, i dlaczego właśnie Ty. Aktualne gremium adminów i moderatorów zadecyduje, czy zasługujesz na taką rolę, jeśli jednak masz chęci i choć nieco wiesz o wędkarstwie zapewne masz duże szanse :).