Lewe menu

Filtry

Humor»

Ocena: 5 Ilość ocen: 1

Wobler

Zdzichu i Janek poszli na sumy , po chwili:
- koledzy! ratujcie!Zdziśka, wobler przygniótł.

Wobler
  • Obecnie 5 z 5.
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Ocena: 5/5 (1)

Dziękujemy za Twoją ocenę!

Ty już oceniałeś/aś tę stronę, oceny można dokonywać tylko raz!

Twoja ocena została zmieniona, dziękujemy za ocenę!

Hyde Park»

Sezon

No i zaczęliśmy,
Sezon na szczupaka,
Kto żyw za kij chwyta,
Heja na biedaka,

więcej...

Sezon
  • Obecnie 4,5 z 5.
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Ocena: 4,7/5 (6)

Dziękujemy za Twoją ocenę!

Ty już oceniałeś/aś tę stronę, oceny można dokonywać tylko raz!

Twoja ocena została zmieniona, dziękujemy za ocenę!

Szukaj

Reklama

Ostatni szczupak

Ocena: 5 Ilość ocen: 2Ocena: 5 Ilość ocen: 2Ocena: 5 Ilość ocen: 2Ocena: 5 Ilość ocen: 2Ocena: 5 Ilość ocen: 2Ocena: 5 Ilość ocen: 2
Ocena: 5 
Ilość ocen: 2 
 Ilość wyświetleń: 8169 
Komentarzy: 5 
ID: 112125 
Węzeł: 86381 
Marek Pedyński

Kiedy ludzie już wytną ostatnie drzewo, zniszczą ostatnią rzekę, zabiją ostatnią rybę, przekonają się wreszcie, że nie da się jeść pieniędzy.

Zasłyszane

W swym wędkarskim życiorysie przedziwne miewałem przygody, ale tę zapamiętałem szczególnie. Zdarzyła się co prawda w zeszłym roku, ale do dziś nie mogę jej usunąć ze swej nieznośnej pamięci, która złośliwie utrwala właśnie to, co drażniące i wstydliwe.

To był majowy dzień, ciepły, z lekko zachmurzonym niebem, z którego co jakiś czas mżył przyjemny kapuśniaczek. A że maj, to wiadomo – czas na szczupaki. Ale nie na te z pobliskiej Wisły, tylko z niewielkiej rzeki, oddalonej parę kilometrów od mojego domu. W niej woda cieplejsza, więc zwykle drapieżniki wcześniej zaczynały żerować. Panowała tam cisza, a spinningistów bywało niewielu. W zasadzie tylko ja i kolega, którzy wyprawialiśmy się nad to wiosenne łowisko zaledwie kilka razy w roku.

Szczególnie upodobaliśmy sobie kilkusetmetrowy odcinek pozbawiony niemal nurtu, przedzielony dwoma wiekowymi zaporami. Ich celem było piętrzenie wody, której nadmiar wlewał się do rowu zasilającego rozciągające się nieopodal stawy hodowlane. Te stawy to błogosławieństwo dla rzeki. W czasie wiosennych przyborów uciekały z nich karpie i szczupaki, które zarybiały naszą wiosenną miejscówkę wielokrotnie skuteczniej niż PZW. Symbioza wodnych przyjaciół – rzeki i stawów – trwała od czasów niepamiętnych, więc łowisko było naprawdę atrakcyjne.

Więc – jak już wspomniałem – to był jeden z tych majowych dni, które pachniały dużą rybą. Ciepły zachodni wiatr i lekko podwyższona, ale przejrzysta woda gwarantowały udane łowy. Już pierwsze rzuty pokazały, że przyjazd nad tę niewielką rzekę okazał się znakomitym wyborem. Kolega na niewielką gumę imitującą żabkę zapiął ładnego zębacza, a ja chwilę później – po krótkiej walce – wyholowałem przyzwoitego pięćdziesiątaka. Brały też niezłe okonie, więc zabawa była przednia, a i przynęty zgromadzone zimą testowało się doskonale.

Traf chciał, że jedną z tych przynęt stanowił siedmiocentymetrowy wobler, znakomicie naśladujący niewielkiego szczupaka. Jako że wielokroć słyszałem o kanibalizmie esoxów, postanowiłem wypróbować cętkowany nabytek. Oddawałem dalekie, precyzyjne rzuty, a potem z przyjemnością obserwowałem pracę przynęty w przejrzystej, półtorametrowej głębokości wodzie. Nie łudziłem się zbytnio, że schwytam coś na tego udawanego zębacza, ale pracował tak fantastycznie, że jakoś nie mogłem się zdecydować na jego zmienienie. Przemierzałem więc kolejne metry, obrzucając co ciekawsze miejscówki. Po jednym z rzutów moje uzbrojone w polaryzacyjne okulary oczy dostrzegły coś, co przyprawiłoby chyba każdego wędkarza o szybsze bicie serce. Jeden z leżących na dnie konarów poruszył się niespokojnie, gdy przynęta przemknęła obok niego. W jednej chwili uzyskałem więc pewność, że ciemniejąca przy dnie krecha to szczupak, gruby szczupak. Na ogół trudno było w tej rzece o drapieżniki przekraczające dwa kilogramy, ale ten z pewnością był znacznie większy. Przykucnąłem rozemocjonowany za nadbrzeżnym krzakiem i po kilkudziesięciu sekundach oddałem kolejny rzut. Wiedziałem, że ryba zawahała się za pierwszym razem, zatem postanowiłem zmienić technikę prowadzenia woblera. Gdy znalazł się on około dwóch metrów za czającym się przy dnie zębatym, wykonałem kilka delikatnych szarpnięć szczytówką, by sprowokować rybę do ataku. Później wszystko potoczyło się błyskawicznie. Dostrzegłem złotawy błysk, a po ułamku sekundy poczułem potężne uderzenie, które omal nie wyrwało mi wędziska z rąk, mimo że byłem na nie przygotowany. Ryba szalała w niewielkiej rzece, a solidny kij giął się niemiłosiernie. Podczas holu uprzytomniłem sobie, za co tak kocham szczupacze łowy. To ze te magiczne chwile podczas holu, kiedy potężnie umięśniony drapieżnik gwałtownymi zrywami sprawdza wytrzymałość wędkarskiego zestawu. Przed wiosennym spinningowaniem zawsze zaopatruję się w nowe żyłki, więc walczyłem z rybą po męsku, nie starając się jej zamęczyć długotrwałym holem. Po dwóch minutach miałem ją koło brzegu, gdzie już czekał zaalarmowany moimi krzykami kolega. Jeszcze tylko pewny chwyt za mięsisty kark i miałem wspaniałego szczupaka na brzegu.

Ryba była doprawdy cudna – krępa, pięknie ubarwiona, z ogromnym pyskiem, zdolnym do pożarcia przyzwoitego karpia. Ostrożnie oceniliśmy ją na cztery, może cztery i pół kilograma. Kiedy po serii zdjęć złociła się w soczystej, wiosennej trawie, zacząłem się zastanawiać się, co z nią zrobić.

- Piękny okaz z czystej wody – powiedziałem. – Na pewno ma wyborne mięso.

- Rzeczywiście – zgodził się kolega – ale ja bym go wypuścił. To może ostatni taki szczupak w tym ciurku.

- No tak – jęknąłem – tylko wiesz, żona ma pojutrze imieniny, goście będą zachwyceni świeżą rybą…

Ostatecznie stanęło na tym, ze skoro wypuszczałem wszystkie wcześniej złowione ryby, to tę jedną mogę zabrać. Kumpel trochę kręcił nosem, bo od dawna jest zwolennikiem zasady: „Złów i wypuść”, ale przyznał, że to moja zdobycz i mogę z nią zrobić, co tylko zechcę.

Pewnie szybko zapomniałbym o tym zdarzeniu, gdyby nie to, że kilka dni po udanych łowach zdarzyło się coś nieoczekiwanego. Podczas kolejnej wyprawy dowiedzieliśmy się od spotkanego nad rzeką pracownika firmy, której własnością są stawy hodowlane, że szkoda naszego czasu na moczenie kijów. Wyjaśnił nam, że korzystając z osłony nocy, mieszkańcy pobliskiej wsi podnieśli jedną z zapór, przez co obniżyli stan wody w naszej miejscówce do minimum i wybrali koszami wszystkie godne uwagi ryby. Ponoć schwytali mnóstwo pięknych szczupaków i karpi, niektóre miały nawet po pięć kilogramów. Nie wiadomo, ile prawdy w tych opowieściach o wielkości okazów, jednak faktem jest, że przez kilka dni można było dostać u miejscowych chłopów rybie mięso po bardzo atrakcyjnych cenach.

Dziwiło nas – mnie i kolegę – skąd wzięła się u mieszkańców wsi wiedza o wielkich rybach zamieszkujących pobliska rzekę, postanowiliśmy więc popytać wśród miejscowych. Napotkany autochton wyjaśnił, że wszystkiemu winny był szczupak, którego przed kilkoma dniami schwytał jakiś przyjezdny wędkarz. Kiedy tryumfalnie taszczył on wspaniałą zdobycz do oddalonego od rzeki samochodu, dostrzegł go miejscowy chłopak i podsunął doskonały pomysł swojemu ojcu. Potem wystarczyło tylko skrzyknąć paru silnych mężczyzn, wybrać dogodną porę i sprawa załatwiona. Opowiadając tę ciekawą historię, nasz rozmówca ironicznie spoglądał na nasze piękne spinningi.

- Teraz to szkoda wam, panowie, łazić z tymi zabawkami. Ostatni szczupak złowiony tu na wędkę to był ten sprzed tygodnia – zarechotał.

Dyskusje i recenzje

Schowaj teksty   
   
Dariusz Żbikowski

... to opowiadanie. Te słowa Kiedy ludzie już wytną ostatnie drzewo, zniszczą ostatnią rzekę, zabiją ostatnią rybę, przekonają się wreszcie, że nie da się jeść pieniędzy też dają do myślenia. Gdy zerknę wstecz na przeżyte lata dochodzę do wniosku, że dzieje się to wręcz na moich oczach. Straszna jest ta wizja chyba już niedalekiej nawet przyszłości

Początek

To najmądrzejszy morał z opowiadania, jaki ktokolwiek umiescił w ostatnim czasie, a w necie to już w ogóle. To najlepiej pokazuje, czym kończy się "mała" pazerność, chęć podzielenia się sukcesem, zdradzenie miejscówki w necie. Brawa dla Marka - bardzo miło było przeczytać jakiś nowy twój tekst po paru latach od "starych dobrych czasów" sprzed wymiany oprogramowania RO. Po której to zmianie RO już nigdy nie osiągnęło choćby 10% tego poziomu, tej popularności, tej liczby aktywnuch użytkowników, tej pozycji w internecie "wędkarskim", jaką miało. A miało dzięki np. Markowi. I taka jest prawda - bez wazeliny. Dziś RO w moim rankingu jest na miejscu jakimś piątym wśród portali - a szóstego miejsca już nie ma bo nie mam tyle czasu i samozaparcia do serfowania. Czy dzięki Markowi i jemu podobnym innym autorom wrócą "stare dobre czasy"? Może, choć trzeba było 3 dni klikania, aby ten komentarz spokojnie napisać i opublikować. A to strona niedostępna, a to 5 minut się otwiera, a to wylogowuje... Ale, skoro to czytacie, to UDAŁO SIĘ JABADABADOOOOOOOO!

Początek

Marek Pedyński

Kochani, sprawa wygląda tak - rzeka faktycznie istnieje, faktycznie została spustoszona przez miejscowych, faktycznie jeździłem nad nią z najlepszym kumplem, ale ta część opowiadania, która opisuje przyczynę jej spustoszenia, oparta została na fikcji. Po prostu zastanawiałem sie, skąd kłusole mogli się dowiedzieć o występowaniu w niej takich ryb i moja wyobraźnia podsunęła mi taki właśnie pomysł, zresztą całkiem prawdopodobny. Nie piszę tego, żeby się tłumaczyć, bo zdarza mi się niekiedy zabrać rybę i wcale tego nie ukrywam, ale po to, żeby uniknąć nieporozumień. Po opublikowaniu tekstu dostałem kilka maili z pytaniami o to, czy opisałem autentyczne zdarzenie, więc odpowiadam tu, żeby było wszystko jasne. Tak - tekst jest oparty w dużej mierze na czymś, co wydarzyło się naprawdę.
Celowo napisałem opowiadanie w pierwszej osobie, bo uświadomiłem sobie, że każdy z nas może być nieświadomym i w gruncie rzeczy niewinnym "pomocnikiem" kłusoli. Moim zdaniem takie uprawdopodobnienie tekstu powoduje, że lepiej on trafia do odbiorców, a w sumie - na tym mi właśnie zależało... Pozdrawiam wszystkich, Wodom Cześć!

Początek

Wiem co to za rzeczka i co to za wiocha i pewnie miejscowy miał rację

Początek

Smutna historia z jeszcze smutniejszym morałem. Na pewno masz po takim wydarzeniu kaca moralnego i się nie dziwię. Ale nie mogłeś przypuszczać, że posuną się do czegoś takiego.... Najsmutniejsze jest to w jak przykrym kraju i z jak przykrymi ludźmi przychodzi nam obcować. Pewnie nieźle się ekipa nachlała za te sprzedane ryby...mam nadzieję, że haftowali przez tydzień. Teraz to nawet jak masz ładną rybę na kiju i cię kto zobaczy to lepiej przypalić petem żyłkę niż pokazać co skrywa jeszcze woda. Miejmy tylko nadzieję, że te proste chłopiska szybko zapomną o tej rzece i za jakiś czas znów będzie można w niej połowić...PozdRO.

Początek

 
RSS 2.0
PDF
E-mail do moderatorów Wersja drukowalna - Sklep Wędkarski ŻBIK Pomoc Błędy Księga Gości
Reklamy Krokus: Fundusze ETF na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie Fundusze ETF: ETF.COM.PL Analizy, ranking, aktualności, informacje, ryzyko, regulacje prawne, wydarzenia w Polsce i na świecie, linki, rynek giełdowy, podstawy i zasady inwestowania.

Wielki Portal Wędkarski "Rybie Oko" ma charakter otwarty (podobnie jak Wikipedia), każdy może zgłosić chęć współpracy przy jego budowie, obsłudze, zarządzaniu i zostać Moderatorem. Również każdy, kto ma ochotę stać się współtwórcą Rybiego Oka, może wybrać sobie własną grządkę do uprawiania i wspólnie z innymi czynić ją zgodną z własną wizją. Może uczestniczyć w rozwoju konkretnego istniejącego już działu wędkarskiego (np.Filmy, Fotografie, Sprzęt, Humor, Wody, Łowiska, Linki, itp.) lub też stworzyć całkiem nowy. Jeśli lubisz wędkarstwo i pragniesz zostać współtwórcą Rybiego Oka wypełnij ten Formularz listu E-mail i napisz w nim czym chcesz się zająć, i dlaczego właśnie Ty. Aktualne gremium adminów i moderatorów zadecyduje, czy zasługujesz na taką rolę, jeśli jednak masz chęci i choć nieco wiesz o wędkarstwie zapewne masz duże szanse :).