Lewe menu

Filtry

Humor»

Ocena: 0 Ilość ocen: 0

Dyktafon

Szef do blondynki sekretarki:
- Jak pani chce, proszę użyć mojego dyktafonu.
- Dziękuję, ale użyję po prostu ręki jak inni.

Dyktafon
  • Obecnie 0 z 5.
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Ocena: 0/5 (0)

Dziękujemy za Twoją ocenę!

Ty już oceniałeś/aś tę stronę, oceny można dokonywać tylko raz!

Twoja ocena została zmieniona, dziękujemy za ocenę!

Hyde Park»

Na rurze.

Trafiłem....

więcej...

Wielkie Łuki cz.2.
  • Obecnie 3 z 5.
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Ocena: 3/5 (3)

Dziękujemy za Twoją ocenę!

Ty już oceniałeś/aś tę stronę, oceny można dokonywać tylko raz!

Twoja ocena została zmieniona, dziękujemy za ocenę!

Szukaj

Reklama

Pies na ryby

Ocena: 5 Ilość ocen: 3Ocena: 5 Ilość ocen: 3Ocena: 5 Ilość ocen: 3Ocena: 5 Ilość ocen: 3Ocena: 5 Ilość ocen: 3Ocena: 5 Ilość ocen: 3
Ocena: 5 
Ilość ocen: 3 
 Ilość wyświetleń: 6389 
Komentarzy: 5 
ID: 43435 
Węzeł: 25262 
Mateusz Sławiński

Świat codziennie zaskakuje nas czymś nowym. Codziennie mamy okazje odkrywać rzeczy, które praktycznie od zawsze mieliśmy tuż pod naszymi nosami. Czasem jednak zdarza się, że nie potrafimy, nie zwracamy na nie uwagi, lub też zwyczajnie nie chcemy ich zauważyć. A szkoda, wielka szkoda....

Tego dnia, obudziłem się z chęcią odreagowania, chęcią ucieczki w zapomnienie, chęcią odizolowania się od pewnej części świata. Te obszary naszego życia nazywamy „szarą rzeczywistością”. Tak, trzeba czasem zapomnieć o tym, że egzaminy są blisko a czas w miejscu nie stoi. Wiedziałem co muszę zrobić – pójść na ryby!
- Eeeh, toć to grudzień, a dziś jest wigilia – wymamrotałem sam do siebie.
Nigdy nie łowiłem zimą. Z drugiej strony nie wiem czy tegoroczną zimę można tak nazwać. Styczeń za pasem, mrozu nie ma, śniegu tym bardziej. Wszystko przypomina raczej przedłużającą się jesienną pluchę. Bura perspektywa.
- Dobrze chociaż, że dziś nie pada – uśmiechnąłem się.
Mam w nawyku komentowanie na głos pewnych spraw sam dla siebie. Znajoma powiedziała mi kiedyś, że to nie jest normalne. Hmmm, może nie, a może tak. Ja jednak lubię czasem porozmawiać sam ze sobą, stoczyć potyczkę z rozszalałymi myślami :). Powoli, bez zbędnego pośpiechu zwlokłem się z wygrzanego łóżeczka. Nie zmieniając ubioru zacząłem szperać w wędkarskiej szufladzie skarbów. Zastanawiałem się przy tym jak mam się zabrać do realizacji planu o nazwie „rybaczenie”. Sprawa niby prosta a jak skomplikowana!
- Skoro nie ma mrozu, a na zewnątrz termometr pokazuje dobrą szósteczkę w skali Celsjusza to może spławik? To chyba będzie dobry wybór.
- A ty co tak do siebie mamroczesz? – spytał mój brat, który niepostrzeżenie dla mnie znalazł się w moim pokoju.
- Idę na ryby.
- Taaa ciekawe gdzie i z kim?
- Jak to gdzie? A daleko mam do stawu? Tylko sto metrów – odparłem.
- Uważaj żebyś przypadkiem czegoś nie złowił – rzekł z lekka nuta sarkazmu po czym wyszedł.
Zaraz po tej krótkiej wymianie zdań od razu przyszło mi do głowy, że ja mu jeszcze pokaże jak się łowi. Rywalizacja rodzeństwa to ciekawa sprawa. Prawie zawsze, gdy jeździmy na łowy jestem górą, ale Mieszko wespół z wujem lubią się ze mnie ponabijać. Robią to gdyż często żongluje różnymi hasłami z zakresu tematyki wędkarskiej, a oni podśmiewając się mówią – „obładowany wiedzą, z nieduża praktyką a daje nam po czterech literach”. Ja oczywiście ani myślę się za to na nich obrażać, wręcz przeciwnie, umieć śmiać się z samego siebie to też sztuka.
Zebrawszy się wreszcie, po lekkim śniadaniu i zmianie okrycia na odpowiedniejsze niż piżama, wziąłem w dłoń wędkę i ruszyłem nad wodę. Spacer przez podwórko, ogród i już jestem nad stawem. Troszkę wieje, ale co to za wiaterek, tylko te ciemne chmury wyglądają niepewnie jakby zaraz chciały urządzić mi prysznic, łowiło się jednak w gorszych warunkach. Bez zbędnych ceregieli wrzuciłem niewielką kulkę zanęty doprawionej odrobiną suszonej krwi i rozłożyłem sześciometrowego bata.
Jak to jednak zwykle w moim przypadku bywa, gdy się pośpieszę to zawsze o czymś zapomnę. Wypadałoby coś przecież na haczyk założyć! Natychmiast na myśl przyszły mi robaki. Jest przecież zima – przynajmniej w teorii – a w chłodne pory roku rybka lubi mięso. Mimo temperatur zbliżających się do magicznego zera znalezienie tłustego, czerwonego gnojaczka w pryzmie kompostu nie było trudne. Dwa sztychy widłami i już mam zapas na trzy godzinki moczenia kija.
Wędka gotowa, robaczek już wije się na haczyku, czas więc na rzut. Łowiłem w głębszym dołku na północnym brzegu. Jest to drugie z najgłębszych miejsc w mojej wodzie. W miedzy czasie na szczelnie do tej pory przesłoniętym niebie pojawiły się przerwy w chmurach i słońce od czasu do czasu przez nie przebłyskiwało. Te krótkie promienne chwile wywabiły niewielkie ławice płoci. Snuły się teraz między trzcinami, kilka centymetrów pod lustrem wody połyskując srebrzystymi bokami.
Minęło już piętnaście minut, a spławik ani drgnie. Przy mojej nodze pojawił się Hektor. Dobra psina, mieszanka wilczura z bernardynem, ale strasznie cięty na koty. Oj ile to już różnych zatargów z sąsiadami było z jego powodu. Typ maniaka :), gdy w pobliżu zwietrzy futrzaka dostaje białej gorączki. Pogłaskałem go po pysku i w jednej chwili po tym miałem pierwsze branie. Delikatne zacięcie i jest niewielki okonek. Szybko wrócił do wody. Ledwie zestaw wylądował się ustabilizował a już jest płotka, jeszcze jedna, kolejna a potem studnia. Dziesięć minut dobrych brań.
Hektor przeszedł kilkanaście metrów dalej i położył się na wyłożonych trzcinach. Minęło kolejne pół godziny bez brań. Dorzuciłem jeszcze odrobinę zanęty i postanowiłem dla próby przejść kawałek dalej, aby rybki spokojnie zdążyły wejść w zanętę. Stanąłem obok psa i rzuciłem na wprost. Jak za dotknięciem magicznej różdżki spławik sygnalizował brania raz za razem. Wyciągnąłem chyba z piętnaście płotek, po czym znów zrobiło się cicho jak na pustyni.
Mój pies przeszedł na miejsce gdzie łowiłem poprzednio i ja także to zrobiłem. Brania zaczęły się natychmiast. Ponownie jednak szybko się skończyły a Hektor znów zmienił miejsce. Tym razem przysiadł i zaczął na mnie patrzeć jakby chciał mi powiedzieć – „chodź do mnie, tutaj sobie połowisz”. Z powodu braku współpracy ryb w nęconym miejscu poszedłem do niego. To był dobry wybór :). Wyholowałem kolejnego okonia i płotki.
Piesio przeszedł jeszcze dalej, a brania tak jak poprzednio, tak i teraz się skończyły. Zmieniłem więc miejsce na to, które wskazywał mi sabaka. Kolejna trafiona decyzja, kolejne ryby. W tej małej zatoczce, już na południowym brzegu, po powierzchni wody pływał kawałek chleba. Nie mam pojęcia skąd tam się wziął. Było to najgłębsze miejsce w stawie.
- A to co? – wyszeptałem do siebie i jakby do mojego czworonożnego przyjaciela.
W głębi dostrzegłem jakiś kształt, powoli stawał się coraz wyraźniejszy, kierował się w stronę wspomnianej kromki chleba. Lekkie chlapnięcie, cmoknięcie i powoli dostojnie karp spłynął do swego ciemnego dołka. Zdębiałem, to musiał być największy z lustrzeni w naszym stawie. Na oko jakieś sześć do siedmiu kilo.
- Ale co to jest do licha? Toć to kolejny karp, ale tym razem pełnołuski! Ciekawe przedstawienie. Może coś jeszcze?
A stało się jeszcze całkiem sporo. Okazało się że karpie regularnie, co minutę do półtorej, wypływają z głębi i urywają po kawałku chleba po czym znikają w toni. Robiły to na zmianę, jeden większy, drugi mniejszy, lustrzenie i pełnołuskie! Naliczyłem sześć różnych osobników. To dziwne przedstawienie trwało jakieś pół godziny. Gdy się skończyło Hektor patrzył na mnie jakby był zadowolony z tego, że mogłem je oglądać. Ale w jego oczach było coś psotnego i w tym momencie poczułem na kiju - nie patrzyłem na spławik – potężne uderzenie. Nie miałem szans. Przyponówka dziesiątka puściła niemal natychmiast.
- Niech mnie... to musiał być jeden z tych olbrzymów.
Pies zdawał się ze mnie śmiać i powoli oddalił się w stronę domu. Ja stałem jeszcze kilka minut nad wodą analizując wszystko co zaszło w czasie tych dwu godzin.
- Chyba zacznę zabierać ze sobą psa na połów.

Dyskusje i recenzje

Schowaj teksty   
   
Łukasz Dutka

Początek

Łukasz Dutka

zawsze jak jade na ryby (na rowerze) to mnie ścigają i szczekają na mnie i dlatego ich nie lubie...

Początek

Primum non nocere

Przepraszam, zapomniałam o ocence

Początek

Primum non nocere

Moją najlepszą towarzyszką wędkarskich wypraw jest wilczyca Miśka.Prawdziwa z niej psiędkarka! Doskonale wie kiedy jest branie, kiedy hol jest pusty a kiedy ze zdobyczą.Potrafi obserwowac spławik. No i absolutnie oczywistą rzeczą jest że pies na rybach przynosi szczęście. I "Hańba temu, kto o tym żle pomyśli"- jak mawiają Rycerze Orderu Podwiązki.

Początek

Jarosław Szczepaniak

Kiedyś zabierałem ze sobą na rybki swojego wilka, ale musiałem go zawsze wiązać do krzaków. Bo nie dość, że nie pokazywał rybnych miejsc, to jeszcze mi blaszki próbował aportować.
Fajne opowiadanko.

Gratuluję i pozdrawiam. Jarek

Początek

 
RSS 2.0
PDF
E-mail do moderatorów Wersja drukowalna - Sklep Wędkarski ŻBIK Pomoc Błędy Księga Gości
Reklamy Krokus: ODOO - Open source ERP i CRM

Wielki Portal Wędkarski "Rybie Oko" ma charakter otwarty (podobnie jak Wikipedia), każdy może zgłosić chęć współpracy przy jego budowie, obsłudze, zarządzaniu i zostać Moderatorem. Również każdy, kto ma ochotę stać się współtwórcą Rybiego Oka, może wybrać sobie własną grządkę do uprawiania i wspólnie z innymi czynić ją zgodną z własną wizją. Może uczestniczyć w rozwoju konkretnego istniejącego już działu wędkarskiego (np.Filmy, Fotografie, Sprzęt, Humor, Wody, Łowiska, Linki, itp.) lub też stworzyć całkiem nowy. Jeśli lubisz wędkarstwo i pragniesz zostać współtwórcą Rybiego Oka wypełnij ten Formularz listu E-mail i napisz w nim czym chcesz się zająć, i dlaczego właśnie Ty. Aktualne gremium adminów i moderatorów zadecyduje, czy zasługujesz na taką rolę, jeśli jednak masz chęci i choć nieco wiesz o wędkarstwie zapewne masz duże szanse :).