Lewe menu

Filtry

Humor»

Ocena: 0 Ilość ocen: 0

Dyktafon

Szef do blondynki sekretarki:
- Jak pani chce, proszę użyć mojego dyktafonu.
- Dziękuję, ale użyję po prostu ręki jak inni.

Dyktafon
  • Obecnie 0 z 5.
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Ocena: 0/5 (0)

Dziękujemy za Twoją ocenę!

Ty już oceniałeś/aś tę stronę, oceny można dokonywać tylko raz!

Twoja ocena została zmieniona, dziękujemy za ocenę!

Hyde Park»

Na rurze.

Trafiłem....

więcej...

Wielkie Łuki cz.2.
  • Obecnie 3 z 5.
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Ocena: 3/5 (3)

Dziękujemy za Twoją ocenę!

Ty już oceniałeś/aś tę stronę, oceny można dokonywać tylko raz!

Twoja ocena została zmieniona, dziękujemy za ocenę!

Szukaj

Reklama

Rybie Oko/Artykuły/Opowiadania/Przezorne ryby 

Opowieści znad wody

Ocena: 6 Ilość ocen: 3Ocena: 6 Ilość ocen: 3Ocena: 6 Ilość ocen: 3Ocena: 6 Ilość ocen: 3Ocena: 6 Ilość ocen: 3Ocena: 6 Ilość ocen: 3  hit
Ocena: 6 
Ilość ocen: 3 
 Ilość wyświetleń: 4744 
Komentarzy: 4 
ID: 48734 
Węzeł: 29250 

Bywało, że niktórzy moi koledzy po kiju, spierając się ze mną, twierdzili stanowczo, że "ryba nie zna się" na haczykach i żyłkach, że jeśli przynęta będzie umiejętnie dobrana, a ryba głodna, to nie ma siły - weźmie. Już dawno przekonałem się, że jest inaczej.

* * *

Tamtego roku, a był to początek lat sześćdziesiątych, żona zapowiedziała kategorycznie: na wczasy jedziemy razem, całą rodziną. Żadnych wędek, żadnych ryb.

– Dwa tygodnie w roku możesz poświęcić nam.

Miałem wprawdzie zastrzeżenia, co do owych dwóch tygodni, bo zawsze wydawało mi się, że „im” poświęcam co najmniej drugie tyle czasu, ale nie miałem wielkiego wyboru i na takie dictum wywiesiłem białą flagę. Lecz kiedy przyszło do pakowania maneli do walizek i plecaków, udało mi się w rozgardiaszu wcisnąć między ciuchy pudełko z przyponami i jakieś szpule z żyłką. A nuż zaistnieją sprzyjające okoliczności...!

Rzeka była bowiem blisko, bardzo blisko. Z kempingu, gdzie kwaterowaliśmy w dość obszernym i dobrze wyposażonym domku, do pobliskiego pawilonu restauracyjnego, gdzie się stołowaliśmy, szło się zaledwie dwieście-trzysta metrów ścieżką nad zarośniętym krzakami brzegiem starorzecza, łączącego się z równoległym, właściwym korytem rzeki. Łypiąc ukradkiem na przezroczystą, niczym nie mąconą taflę wody zauważyłem od razu przemykające w niej sylwetki ryb. Nieduże pływały środkiem, cienie większych poruszały się powoli między podwodną roślinnością i zatopionymi gałęziami pod przeciwległym brzegiem. Z mojej wyobraźni znikła perspektywa bliskiego obiadu, a pojawiła się wędka.

Jednak depcząca mi po piętach moja lepsza połowa popychała mnie energicznie palcem naprzód, konsekwentnie egzekwując swoją zapowiedź: żadnych ryb!

Ale w drodze powrotnej, idąc chytrze na końcu towarzystwa, z rozmachem wrzuciłem do wody jakieś resztki zabrane ukradkiem ze stołu w papierową serwetkę. W wodzie zawrzało i wszystko, co wrzuciłem, zostało w oka mgnieniu pożarte. W wodzie, we wszystkich kierunkach poruszały się nerwowo spóźnialskie ryby, dla których nie starczyło okruchów. Zatarłem ukradkiem ręce. Dobra jest, biorą!

Do samego wieczora starałem się być wzorem męża i ojca, uprzedzająco grzeczny i pomocny. Zabrałem dzieci na spacer, aby moja pani mogła się zdrzemnąć po obiedzie, bez protestu świadczyłem drobne usługi w rodzaju podaj, przynieś, wynieś, pozamiataj. Pod wieczór odprowadziłem rodzinkę do świetlicy na film w telewizji, a sam, pod pozorem bólu głowy od nadmiaru słońca, urwałem się. W domku szybko ugniotłem skibkę chleba z ziemniakiem zabranych od obiadu, przewinąłem żyłkę, przejrzałem przypony i poszedłem z latarką w ręku, na pobliską łąkę, gdzie złapałem kilkanaście rosówek. Zadowolony z tajnej operacji poszedłem spać, nie czekając na powrót rodzinki „z kina”. Jeszcze przed świtem, po ciemku wymknąłem się na paluszkach z domku. Z upatrzonego wczoraj krzaka leszczyny wyciąłem odpowiedni na wędzisko pręt i obrobiwszy go z grubsza nożem w świetle kempingowej latarni, umocowałem żyłkę z przyponem i haczykiem. Już nad wodą na haczyk założyłem robaka. Spławika nie miałem i nie potrzebowałem. Woda była przezroczysta do dna. Zeszedłem w upatrzone wcześniej miejsce na brzegu, gdzie gruby pień olchy zapewniał w miarę stabilne, skryte stanowisko i zarzuciłem wędkę do wody. Szarość przedświtu, przyciemniona jeszcze koronami drzew i rozłożystych krzaków nie pozwalała dojrzeć, co się dzieje w wodzie. Trzymając kij w ręku, wyczulony na każde, przewidywane w najbliższej chwili drgnięcie żyłki, czekałem na branie. Minęło 5..., 10... , potem 15 minut... I nic! Zrobiło się jaśniej. W przezroczystej wodzie dostrzegłem krąg szarych cieni, ustawiony głowami do środka. Krąg ten co chwila łamał się, gdy któryś z cieni odpływał, lub gdy inny, zaciekawiony zgromadzeniem podpływał bliżej. To były moje ryby!. Ale tych odpływających było więcej i kiedy po następnej półgodzinie zrobiło się zupełnie jasno, poprzez wodne refleksy pierwszych odbitych od lustra wody promieni słonecznych zobaczyłem na dnie wijącą się samotnie na haczyku rosówkę.

Widok ten nie wzbudzał już emocji wśród ryb. Ja natomiast musiałem wyglądać jak wykrzyknik i pytajnik jednocześnie. Co się stało? Czyżby im rosówki nie smakowały? Wrzuciłem na wszelki wypadek parę drobniejszych robaków do wody i... dosłownie zakotłowało się! W ciągu paru sekund robaki zniknęły w pyszczkach co sprytniejszych i szybszych ryb, a pozostałe pływały nerwowo wokół. Pozostał tylko jeden robak – ten na haczyku.

Wyjąłem wędkę z wody, zmieniłem przypon na dłuższy i znacznie cieńszy w kolorze wody, z małym haczykiem, który jak najstaranniej ukryłem w mniejszej, wijącej się w palcach rosóweczce. Całość wrzuciłem do wody. Ryby zastartowały natychmiast i... zatrzymały się dosłownie o centymetry od robaka. A stało ich w kółeczku, głowami do przynęty, chyba z tuzin. Namyślały się? Wreszcie jedna z większych ruszyła i machnąwszy – chyba z pogardą – ogonem, minęła robaka, odpływając dalej. Pozostałe zrobiły to samo.

Przyznam, że chyba po raz pierwszy w życiu na rybach, zagotowałem. Zawziąłem się – ja wam pokażę! W pobliskim miasteczku, gdzie chodziliśmy całą gromadą wczasowiczów na lody, kupiłem jeszcze cieńsze żyłki, jeszcze mniejsze haczyki. Nie zależało mi już na wyciągnięciu ryby z wody. Chodziło mi o to, żeby któraś, bodaj jedna, jedyna wzięła. Zmieniałem żyłki, haczyki, przynęty i ich kompozycje. Niektóre wyglądały tak zachęcająco, że sam – gdybym był rybą – połakomiłbym się na nie i ze smakiem zjadł, nie bacząc na konsekwencje tkwiące w haczyku. Wrzucałem do wody garście robaków razem z tym, w którym był ukryty haczyk. Myślałem, że w ferworze współzawodnictwa o żer, któraś cholera się omyli. Nie omyliła się żadna ! Żarły wszystko, tylko nie to, w czym tkwił haczyk.

Chodziłem tam jeszcze niejeden raz. O świcie, w południe i wieczorem, nie dbając już o dąsy żony i docinki współwczasowiczów, proponujących mi bezczelnie i mydło i ręczniki. Kombinowałem na wszystkie znane mi i zasłyszane, sposoby. Nawet, gdy nikt nie podglądał, te nieprawdopodobne, podsuwane przez dowcipnisiów z poważną miną, które normalnie bym wyśmiał. Moja ambicja była podrażniona. Ale nic nie pomogło, nie wzięła żadna.

Aż w jednej z ostatnich, wczasowych nocy przyszła burza. Całą noc grzmiało i błyskało. Wiatr i silna ulewa targały gałęziami drzew. Strugi deszczu bębniły po dachu i szybach.

Nad ranem burza przeszła. Z za grzywy lasu wyjrzało słońce. Świeżutkie i umyte, z nastroszoną czupryną promieni. Na bosaka, chlapiąc piętami po kałużach, poszedłem z moim kijaszkiem ostatni raz popatrzeć na te cholerne, w d... kopane ryby. Nie miałem nawet przynęty. W starorzeczu, przezroczysta dotychczas woda była żółta i mętna. Z kałuży na ścieżce wyjąłem utopioną, rozlazłą dżdżownicę. Nadziałem ją na haczyk i bez wiary w skutek, rzuciłem do wody. Trzymając kij w ręku czekałem, co będzie, bez większej nadziei na sukces. I nagle.. omal nie wyrwało mi kija z ręki, który wygiął się pod ciężarem gwałtownego brania. Krótki, szarpiący hol i na brzegu zatrzepotał śliczny, gruby kleń. W dwie godziny później miałem ich, sporych i mniejszych , około tuzina.

Więc niech mi już nikt więcej nie mówi, że ryba, a zwłaszcza większy kleń, nie widzi i nie czuje niebezpieczeństwa ukrytego w haczyku i żyłce!

HJ

Dyskusje i recenzje

Schowaj teksty   
   
Mateusz Sławiński

Ryby jak napisał Tomek są szkolone i mój dziadek tak mawiał. Bardzo przyjemnie się czyta. Świetna seria opowiadań.

Początek

Daleko nie trzeba szukać. Ile razy to puszczaliśmy pod nosem boleniowi jakąś uklejopodobną przynętę, a ten walił w inne zaraz obok?
Ryby, jak mówił mój dziadek, są "szkolone".

Początek

Primum non nocere

Świetna lektura.... Ale masz cierpliwość!!! Pozazdrościć! A swoja drogą: jak to sobie wyobrazić: "ryby w d...ę kopane"???

Początek

Pozdrawiam!
Andzrej

Początek

 
RSS 2.0
PDF
E-mail do moderatorów Wersja drukowalna - Sklep Wędkarski ŻBIK Pomoc Błędy Księga Gości
Reklamy Krokus: Urlop: wy-Wczasy.pl

Wielki Portal Wędkarski "Rybie Oko" ma charakter otwarty (podobnie jak Wikipedia), każdy może zgłosić chęć współpracy przy jego budowie, obsłudze, zarządzaniu i zostać Moderatorem. Również każdy, kto ma ochotę stać się współtwórcą Rybiego Oka, może wybrać sobie własną grządkę do uprawiania i wspólnie z innymi czynić ją zgodną z własną wizją. Może uczestniczyć w rozwoju konkretnego istniejącego już działu wędkarskiego (np.Filmy, Fotografie, Sprzęt, Humor, Wody, Łowiska, Linki, itp.) lub też stworzyć całkiem nowy. Jeśli lubisz wędkarstwo i pragniesz zostać współtwórcą Rybiego Oka wypełnij ten Formularz listu E-mail i napisz w nim czym chcesz się zająć, i dlaczego właśnie Ty. Aktualne gremium adminów i moderatorów zadecyduje, czy zasługujesz na taką rolę, jeśli jednak masz chęci i choć nieco wiesz o wędkarstwie zapewne masz duże szanse :).