Lewe menu

Filtry

Humor»

Ocena: 5 Ilość ocen: 1

Wobler

Zdzichu i Janek poszli na sumy , po chwili:
- koledzy! ratujcie!Zdziśka, wobler przygniótł.

Wobler
  • Obecnie 5 z 5.
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Ocena: 5/5 (1)

Dziękujemy za Twoją ocenę!

Ty już oceniałeś/aś tę stronę, oceny można dokonywać tylko raz!

Twoja ocena została zmieniona, dziękujemy za ocenę!

Hyde Park»

Sezon

No i zaczęliśmy,
Sezon na szczupaka,
Kto żyw za kij chwyta,
Heja na biedaka,

więcej...

Sezon
  • Obecnie 4,5 z 5.
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Ocena: 4,7/5 (6)

Dziękujemy za Twoją ocenę!

Ty już oceniałeś/aś tę stronę, oceny można dokonywać tylko raz!

Twoja ocena została zmieniona, dziękujemy za ocenę!

Szukaj

Reklama

Rybie Oko/Artykuły/Opowiadania/Pstrągi z gołoborzy 

Pstrągi z gołoborzy

Ocena: 5,33 Ilość ocen: 1Ocena: 5,33 Ilość ocen: 1Ocena: 5,33 Ilość ocen: 1Ocena: 5,33 Ilość ocen: 1Ocena: 5,33 Ilość ocen: 1Ocena: 5,33 Ilość ocen: 1
Ocena: 5,33 
Ilość ocen: 1 
 Ilość wyświetleń: 5524 
Komentarzy: 1 
ID: 48859 
Węzeł: 29317 

Na przełomie lat 60-tych i 70-tych pracowałem na jednej ze sztandarowych wówczas budów Kielecczyzny. Okolica była raczej uboga w wodę i poza brudna rzeką Kamienną, nad którą przesiadywali miejscowi moczykije, łowiąc jakieś płotki i okonki, nie było wtedy s okolicy znaczących akwenów wędkarskich.

Tym większe było moje zdziwienie, gdy na nasze zaplecze budowy przyszedł Jurek, kolega z bratniej, krakowskiej firmy, też z Krakowa i pokazując na trzymany w ręku mosiężny pręt o grubości paru milimetrów zapytał, czy moglibyśmy coś dla niego wytoczyć na tokarce? Mieliśmy, owszem tokarkę, ale dużą. Toczyliśmy na niej potrzebne elementy do naprawy ciężkiego sprzętu budowlanego, więc z powątpiewaniem popatrzyłem na cienki pręcik, ale poszliśmy do warsztatu. Tokarz, który akurat coś tam toczył wyłączył maszynę, zsunął okulary ochronne na czoło i kiedy powiedziałem o co chodzi, wziął pręt do ręki.

- Co to ma być ? – zapytał. Jurek wyjął z kieszeni kolorowe kawałki metalu i położył na tokarce. Poznałem, że były to korpusy obrotówek. Tokarz wziął jeden do ręki, obejrzał pod światło i odrzekł:

- Czemu nie, da się zrobić.

- No to zrób Pan, Panie Krawczyk, ale w wolnej chwili – dodałem, mając na myśli bieżące, pilne roboty.

Wyszliśmy z warsztatu i kolega zaczął mi tłumaczyć, że bawi się w majsterkowanie i chciał własnoręcznie wykonać dla siebie błystki obrotowe na pstrągi. Przerywając mu, zapytałem:

- A gdzie łowisz pstrągi ? Na Rabie, czy gdzieś dalej? – zainteresowałem się.

- Coś ty! – odparł. – Ja tutaj, popołudniami jeżdżę niedaleko, w Góry Świętokrzyskie!

Znałem Góry Świętokrzyskie i całą kielecczyznę dość dobrze jeszcze z lat pięćdziesiątych. Wtedy łowiło się spore szczupaki w rozlewiskach Iłżanki, Kamienna była czystą i rybną rzeką, a w Czarnej Nidzie łowiono świnki i brzany. Ale co płynie w samych Górach Świętokrzyskich? Psarka, Pokrzywianka i Świślica były po prostu ściekami dla okolicznych wiosek. Spytałem więc ponownie:

- Gdzie w górach? W studni na Świętym Krzyżu? – zażartowałem. Roześmiał się.

- Jedź ze mną jutro, sam zobaczysz.

Jutro była sobota, mogłem się wcześniej urwać. Spytałem tylko przezornie:

- Ale jedziesz do Krakowa?

- Oczywiście, że jadę. Dała by mi moja popalić, gdybym nie przyjechał.

Nazajutrz rano załatwiwszy szybko bieżące sprawy służbowe wsiedliśmy do jego firmowej nyski i pojechaliśmy przez Nową Słupię w Góry Świętokrzyskie. Cały czas na moje pytania dotyczące miejsca wędkowania Jurek odpowiadał tajemniczo i niezmiennie.

- Niedługo dojedziemy, zobaczysz.

Kiedy minęliśmy Nową Słupię moje zdumienie nie miało granic. Przecież z południowej strony Łysogór, poza jedną mizerną Belnianką, nie było godnych uwagi rzeczułek lub strumieni.

Gdzieś koło Bielin skręciliśmy na północ, w górę, w kierunku lasu, gdzie na jego skraju stało parę chałup. Tam wysiedliśmy. Jurek zabrał wędki, a kierowca odjechał na umówione miejsce, parę kilometrów dalej. Ruszyliśmy ścieżką wzdłuż lasu na zachód. Widok z góry był wspaniały. Od lasu, w dół, ciągnęły się żółciejące wstęgi uprawnych pól poprzedzielanych zakrzaczonymi miedzami. Gdzie niegdzie większe połacie bazaltowego rumoszu, tzw. gołoborza, otoczone jeżyniakami, wynosiły się ponad złoto-zielone łany dojrzewających zbóż. Nie wytrzymałem:

- Stary, do licha! Gdzie tu masz jakąś wodę, oprócz tych błotnistych młak porosłych mchem i skrzypem? Żaby będziesz chyba łapał!

Ale Jurek skręcił nagle ze ścieżki, przecinając na ukos jakąś większą łąkę przedzieloną w połowie zakrzaczoną miedzą, wzdłuż której rosło parę głogów o rozrośniętych koronach. Kiedy po paru minutach zbliżyliśmy się do miedzy obrosłej wysokimi trawami i krzewami, kolega zatrzymał się, wyjął z pokrowca i uzbroił lekki spinning. Odwróciwszy się do mnie, stojącego jak słup ze zdumienia, rozkazał:

- A teraz cichutko, na paluszkach – i ruszył, pochylony w kierunku miedzy. Coś mnie tknęło i poszedłem za nim, starając się naśladować jego ruchy. Zbliżywszy się na parę metrów do rzekomej „miedzy” usłyszałem znajomy bulgot. Zrozumiałem! „Miedzą” był obrośnięty wybujałą trawą i kolczastymi jeżynami potoczek, skaczący z bulgotem po kamieniach w dół mocno nachylonego terenu. Nie widząc jeszcze wody pomyślałem: - to nieprawdopodobne! Co może pływać w takim siurniku?! Ale kiedy ostrożnie i po cichu rozchyliliśmy kępy traw i kolczastych jeżyn zwisających nad wodą, ujrzałem kilkudziesięciocentymetrowej szerokości, płyciutki strumyk, przeskakujący z jednego bełka do drugiego po kamienistym dnie, tworzącym mini-wodospady. Głęboczki za większymi wodospadzikami nie były już takie płytkie. Miały około metra głębokości i były znacznie szersze, niż sam strumyk spadający ze skalnego uskoku. To spadająca woda przez dziesiątki, a może setki lat utworzyła owe miniaturowe jeziorka, wymywając podłoże tam, gdzie było bardziej miękkie. Jak się później okazało głęboczki pojawiały się co kilkanaście lub kilkadziesiąt metrów.

Pochylony, prawie na kolanach, mój towarzysz, rzutem spod siebie cisnął obrotówkę na sam skraj głęboczka, poczekał aż ta opadnie na dno, potem lekko poderwał i powolutku zaczął skręcać żyłkę na kołowrotku. Po chwili powtórzył rzut raz i drugi. Kiedy rzucił błystkę pod zwisający krzak, a ja już, już otwierałem usta, aby wygłosić jakąś dowcipnie kąśliwą uwagę, mój koleś wykonał samą kiścią ręki zacięcie i w bełku zakotłowało się. W krystalicznie czystej wodzie podniosło się mnóstwo bąbli i mułu. Okazały, na pierwszy rzut oka, pstrąg szalał na haku. Podałem Jurkowi podbierak i po paru chwilach dyszący skrzelami kropkowaniec podskakiwał na trawie trzepiąc ogonem. Pstrąg miał na pewno powyżej 25 cm.

- No wiesz – odezwałem się – prędzej spodziewałbym się śmierci niż pstrągów w świętokrzyskim gołoborzu. I w takim siurniku – pokręciłem głową.

- Kto ci o tych pstrągach powiedział ?

- Nikt – odparł Jurek – tylko raz pojechaliśmy na grzyby do puszczy, grzybów nie było, więc wracając chciałem zejść do wsi taką „miedzą” na skróty i natknąłem się na podobny strumyk. Kiedy robiąc trochę hałasu przechodziłem koło podobnego głęboczka, spod brzegu wystrzelił potokowiec i skrył się pod przeciwległym krzakiem. Schodząc ciszej wzdłuż potoczku i już baczniej przyglądając się wodzie zauważyłem jeszcze parę sztuk. Więc ponownie wybrałem się już nie z koszykiem na grzyby, lecz z wędką na pstrągi.

- Ty wiesz – dodał – że w zeszłym tygodniu złowiłem czterdziestaka!

Wiedziałem, że na pewno dołożył pstrągowi sporo centymetrów, ale i tak były tu wspaniałe ryby, sądząc z wyników naszej wyprawy.

Obejrzałem sobie dokładniej następny strumyk. Woda przesączająca się ze zboczy, z leśnych źródełek i młak, spływała w dół, formując się w liczne cieki i strumyczki, wypłukując za większymi stopniami głazów mniejsze lub większe głęboczki i bełka, jak to bywa pod wodospadami lub jazami. Te dość głębokie baseniki o powierzchni od kilku do kilkunastu metrów kwadratowych powierzchni, obrosłe bujną trawą i krzakami były idealnym siedliskiem dla pstrągów. Much, ważek, motyli i pasikoników było wokół mnóstwo i one stanowiły główne pożywienie ryb. Nie były też chyba niepokojone przez miejscową ludność, wśród której wtedy było chyba mało znających się na rzeczy kłusowników. Nikt bowiem nie spodziewał się w takich cienkich strumyczkach większej ryby. Tylko skąd się one tam wzięły? I jak zimowały? Być może odnowiły się resztki populacji z jakichś jeszcze przedwojennych zarybień.

Minęło od tamtego czasu lat ponad trzydzieści. Nigdy już nie odwiedziłem świętokrzyskich siurników. Nie wiem, czy wszędobylscy wędkarze i kłusownicy odkryli tamtejsze strumyczki i czy nie wytrzebili je z wszelakiej ryby. A może i strumyki wyschły?

Ale parę lat temu umówiłem się na spotkanie u mnie w domu z jednym wędkarzem również piszącym do „Magazynu Wędkarskiego”, przeważnie o wykonywaniu sztucznych przynęt. Przyszedł – podobnie jak i ja – starszy pan, który wydał mi się jakby znajomy. Daremnie jednak wysilałem sklerotyczną pamięć. Nie mogłem z niczym skojarzyć, ani nazwiska, ani twarzy. Przy kawie i kieliszku koniaku zaczęliśmy rozmowę, oczywiście o wędkowaniu. Potem ja pochwaliłem się swoją biblioteką, a on podarował mi pięknego woblera własnej roboty i opowiadał o majsterkowaniu. Dogadaliśmy się również, że obaj jesteśmy z branży budowlanej. Rozmowa zeszła na nasze zawodowe peregrynacje po Polsce i zagranicy i jak to się „tam” i „wtedy” wędkowało. W pewnej chwili wspomniał, że pracował na budowie huty w kieleckiem. Zaintrygowany spytałem, w jakich latach i okazało się, że w tych samych, co i ja. Od słowa do słowa wyjaśniło się, że to on był tym facetem, któremu toczyliśmy korpusiki do obrotówek, że to on pokazał mi owe siurniki, głęboczki i bełka, pstrągowe Eldorado w gołoborzach Gór Świętokrzyskich.

Wypiliśmy więc po jeszcze jednym kielichu na odnowione „braterstwo” i postanowiliśmy, że kiedyś odwiedzimy tamte tereny. Może zdążymy?

H. J.

Dyskusje i recenzje

Schowaj teksty   
   
Primum non nocere

Kolejne piekne opowiadanie! Czyżbyś miał okres weny twórczej

Początek

 
RSS 2.0
PDF
E-mail do moderatorów Wersja drukowalna - Sklep Wędkarski ŻBIK Pomoc Błędy Księga Gości
Reklamy Krokus: Forum wędkarskie

Wielki Portal Wędkarski "Rybie Oko" ma charakter otwarty (podobnie jak Wikipedia), każdy może zgłosić chęć współpracy przy jego budowie, obsłudze, zarządzaniu i zostać Moderatorem. Również każdy, kto ma ochotę stać się współtwórcą Rybiego Oka, może wybrać sobie własną grządkę do uprawiania i wspólnie z innymi czynić ją zgodną z własną wizją. Może uczestniczyć w rozwoju konkretnego istniejącego już działu wędkarskiego (np.Filmy, Fotografie, Sprzęt, Humor, Wody, Łowiska, Linki, itp.) lub też stworzyć całkiem nowy. Jeśli lubisz wędkarstwo i pragniesz zostać współtwórcą Rybiego Oka wypełnij ten Formularz listu E-mail i napisz w nim czym chcesz się zająć, i dlaczego właśnie Ty. Aktualne gremium adminów i moderatorów zadecyduje, czy zasługujesz na taką rolę, jeśli jednak masz chęci i choć nieco wiesz o wędkarstwie zapewne masz duże szanse :).