Lewe menu

Filtry

Humor»

Ocena: 5 Ilość ocen: 1

Niebezpieczne związki

Facet spotyka w barze bardzo atrakcyjną kobietę.
Stawia jej drinka, później dwa, następnie jadą do jej domu. Już na klatce schodowej zaczynają się całować i oczywiście idą do łóżka.
Po doskonałym seksie faceta naszła chęć na papierosa. Wyciąga fajkę z kieszeni leżących pod łóżkiem dżinsów, szuka zapalniczki, ale nie może jej znaleźć.
- Skarbie, może masz zapałki? - pyta kobietę.
- Jasne, powinny być w szufladzie nocnego stolika
- odpowiada dziewczyna.
Facet otwiera szufladę i widzi, że pudełko zapałek leży na zdjęciu jakiegoś grubego, brodatego faceta. Zaczyna się martwić.
- To pewnie twój mąż...
- Nie, głuptasie - potrząsa głową dziewczyna i przytula się do niego.
- No to pewnie chłopak...
- Nie...
- Ojciec? Brat?
- Nie, kochanie - mówi panienka, kładąc mu głowę na ramieniu. - To ja, przed operacją...

Niebezpieczne związki
  • Obecnie 5 z 5.
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Ocena: 5/5 (1)

Dziękujemy za Twoją ocenę!

Ty już oceniałeś/aś tę stronę, oceny można dokonywać tylko raz!

Twoja ocena została zmieniona, dziękujemy za ocenę!

Hyde Park»

Na Rurze.

węgorze

Zgadałem się któregoś dnia ze znajomym ... .

więcej...

Wielkie Łuki cz.4.
  • Obecnie 4 z 5.
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Ocena: 4/5 (2)

Dziękujemy za Twoją ocenę!

Ty już oceniałeś/aś tę stronę, oceny można dokonywać tylko raz!

Twoja ocena została zmieniona, dziękujemy za ocenę!

Szukaj

Reklama

Wiślany rekin

Ocena: 5,78 Ilość ocen: 6Ocena: 5,78 Ilość ocen: 6Ocena: 5,78 Ilość ocen: 6Ocena: 5,78 Ilość ocen: 6Ocena: 5,78 Ilość ocen: 6Ocena: 5,78 Ilość ocen: 6  hit
Ocena: 5,78 
Ilość ocen: 6 
 Ilość wyświetleń: 4279 
Komentarzy: 6 
ID: 42494 
Węzeł: 24810 
Marek Pedyński

Współcześnie trudno odkryć jakiś genialny sposób na ryby. Wydaje się, że wszystko zostało już wynalezione, zanalizowane i opisane. Pozostaje więc zakupić sprzęt, znaleźć rybną wodę i wykorzystać wiedzę nabytą z książek, wędkarskiej prasy czy Internetu. Kiedyś było inaczej…

Każdy z nas, moczykijów, ma lub miał w przeszłości swoje wędkarskie eldorado. Dla mnie takim miejscem była wiślana wyspa, kilkuhektarowa zielona kępa – porośnięta drzewami i krzakami – leżąca w okolicach Połańca. Żeby się na nią dostać, należało dysponować pontonem albo odrobiną odwagi, niezbędnej do pokonania kilkudziesięciu metrów brodu, z sięgającą powyżej pasa wodą. Jako że nie posiadałem wówczas środka pływającego, pozostawało mi brodzenie. Jego trudy były jednak wynagradzane przez to, co dla wędkarza najważniejsze, przez wspaniałe ryby.

Gdy pierwszy raz wybrałem się na wyspę, zachęcony zresztą przez przyjaciela, oniemiałem z wrażenia. Po przebrnięciu kilkusetmetrowego odcinka chaszczy dotarłem do atrakcyjniejszego, północnego brzegu. Ujrzałem tam coś, co do dzisiaj mam przed oczyma. Stromą, piaszczystą, pooraną korzeniami skarpę, podmywaną przez leniwy nurt ciemnej wody, poprzetykanej gdzieniegdzie konarami starych drzew, sterczącymi nad powierzchnią niczym łapy pozatapianych olbrzymów. Już po pierwszym rzucie przyrdzewiałą wahadłówką wiedziałem, że to rybna woda. Nie mogło być inaczej – głęboko, niezbyt duży uciąg
i mnóstwo zaczepów. Pamiętam, że złowiłem wtedy dwa niezłe szczupaki i zerwałem jednego, okazalszego, który wykorzystał jakąś podwodną przeszkodę.

Odwiedzałem to miejsce wielokrotnie i schwytałem tam mnóstwo wspaniałych ryb
– wiele z nich do dziś pozostaje moimi „życiówkami”. Sumy, sandacze, a przede wszystkim szczupaki brały niesamowicie. Nie będzie przesadą, jeśli stwierdzę, że po pewnym czasie ich łowienie stawało się po prostu nudne. Nic więc dziwnego, że poszukiwać zacząłem nowych wyzwań i coraz bardziej tęsknym wzrokiem spoglądałem na burzące wodę srebrne torpedy – wiślane bolenie. Wielokrotnie próbowałem je przechytrzyć, ale każdorazowo kończyło się to fiaskiem. Rapy przestawały żerować albo zmieniały miejsce swoich harców. Wahadłówki
i wirówki, które z powodzeniem stosowałem przy okazji łowienia innych drapieżników, okazywały się nieskuteczne. Doszło nawet do tego, że zniechęcony opuszczałem wyspę po godzinie, dwóch łowienia – nie mogłem znieść goryczy ciągłych porażek.

Po sezonie pełnym niepowodzeń przyszła zima, a wraz z nią czas na czytanie fachowej literatury (wtedy były to prenumerowane przez ojca „Wiadomości Wędkarskie”). Dowiedziałem się, jakie błędy popełniałem, poznałem najskuteczniejsze przynęty, a także techniki ich prowadzenia. Uzupełniłem swój ekwipunek, część sprzętu kupując, a część wykonując samodzielnie w przydomowym warsztacie. Wydawało się, że kolejny sezon musi przynieść sukcesy – przygotowany byłem wszak perfekcyjnie.

Faktycznie, już pierwsze wyprawy pokazały, że nauka daje efekty. Chwytane bolki nie były może jakimiś kolosami, ale ich łowienie sprawiało niezwykłą frajdę. Któryż ze spinningistów nie kocha momentu, kiedy rapa atakuje prowadzoną tuż przed powierzchnią wody przynętę? Po miesiącu udanych łowów postanowiłem zapolować wreszcie na grubą rapę – prawdziwego wiślanego rekina…

Ze znalezieniem stanowisk rekordowych okazów boleni miałem początkowo problemy, bowiem okazało się, że nie żerują one tak widowiskowo, jak ich młodsi pobratymcy. Pomógł – jak zwykle – przypadek. Któregoś gorącego popołudnia leżałem na brzegu skarpy, zmęczony wielogodzinnym machaniem spinnerem i wpatrywałem się bezmyślnie w wodę płynącą poniżej. Nagle – zza spróchniałego pniaka – wyskoczyły spanikowane klenie. Sądziłem, że zaatakował je gruby szczupak, gdyż wielkość pogonionej „drobnicy” była doprawdy imponująca. Jednak po chwili ujrzałem sprawcę zamieszania. Przez ułamek sekundy błysnęła pod powierzchnią rapa, której wielkość oceniłem ostrożnie na około pięć kilogramów. Właśnie o takiej zdobyczy marzyłem! Nogi drżały, a serce waliło niczym młot, gdy zjeżdżałem na czterech literach w dół skarpy, by zająć umożliwiające spinningowanie stanowisko. Niestety – wykonałem chyba z pół setki rzutów, zmieniając co chwilę przynęty, ale bez oczekiwanego efektu. Ryba przestała żerować po kilku minutach
i biczowanie wody stało się bezsensowne. Postanowiłem, że wrócę po bolka nazajutrz.

Kolejne dni nie dały mi jednak kontaktu – choćby wzrokowego – z rybą. Zacząłem więc kombinować, modyfikując stosowane błystki. Zauważyłem wcześniej, że najlepsze efekty dawała wąska, długa obrotówka ze srebrno-miedzianym skrzydełkiem. Była skuteczna na mniejsze bolenie, jednak na tego kolosa nie oddziaływała. Mimo to zawsze na koniec wędkowania wracałem do niej z ufnością. Tak więc podczas kolejnych łowów, gdy słońce kryło się już za wysokim brzegiem, sięgnąłem do pudełka po ulubioną obrotówkę. „Dwa, trzy rzuty i uciekam” – pomyślałem. Niestety, już po pierwszym zarzucie kotwica błystki utkwiła na dobre w jakimś korzeniu. Za wszelką cenę próbowałem uratować przynętę, bo – jak wspominałem – na mniejsze bolki była prawdziwym killerem. Po kilkuminutowej zabawie stał się cud – odzyskałem błysk, ale nie w pełni sprawny – w zaczepie pozostała kotwiczka. Okazało się, że to zdarzenie to prawdziwy dar od losu…

Następnego dnia uzbroiłem obrotówkę w nową kotwiczkę, ale nie przymocowałem jej bezpośrednio do korpusu, lecz przywiązałem na centymetrowej długości żyłce. Inspiracją tego wynalazku stało się zwykłe, ludzkie lenistwo. Nie chciało mi się kombinować
z wyciąganiem drucika spod koralików, więc uprościłem sobie sprawę. Powstała w ten sposób przynęta wydłużyła się trochę, a kotwiczka merdała tuż za błystką – niczym ogonek. Przedzierając się do mojej miejscówki, zauważyłem innego żerującego bolenia. Postanowiłem więc wypróbować mój wynalazek. Już pierwszy rzut przyniósł mi ładnego, dwukilowego kabana. W sercu pojawiła się nadzieja, ale zdawałem sobie sprawę, że jeden przypadek nie świadczy jeszcze o wynalezieniu superprzynęty.

Kiedy dotarłem na miejsce, podczołgałem się – jak zwykle – na urwisty brzeg. Miałem szczęście, rapa żerowała. Raz i drugi pokazała się strwożona drobnica. Spokojnie przedostałem się do podnóża skarpy i wykonałem rzut. Okazał się niezbyt udany, za krótki. Pokręciłem zdenerwowany korbką starej germiny i poczułem nagle potworne uderzenie, które poprzedził wir w miejscu, gdzie winna znajdować się przynęta. Nie zacinałem, nie było takiej potrzeby. Zaraz po uderzeniu wiślany rozbójnik zabrał mi kilkanaście metrów żyłki
z kołowrotka – na szczęście hamulec był odpowiednio wyregulowany. Po krótkiej, ale energicznej walce podprowadziłem rybę w pobliże brzegu. Boleń ułatwiał mi hol, gdyż ustawił się łbem w kierunku nurtu, przez co stosunkowo szybko tracił siły. Jeszcze dwa, trzy razy zajazgotał kołowrotek i rapa się uspokoiła. Postanowiłem podciągnąć ją pod powierzchnię. Kilka pompnięć sprawiło, że ujrzałem potężny bok srebrzystej torpedy. Niestety, to był początek nieszczęścia. Niedoszła zdobycz jak gdyby zrozumiała, że zagraża jej niebezpieczeństwo i z całym impetem ruszyła z nurtem wzdłuż brzegu. Hamulec zapiszczał żałośnie, zacharczał, wędka wygięła się w pałąk, a po chwili usłyszałem suchy trzask. Dopiero po chwili uświadomiłem sobie, co się stało. Ciszę, jaka wokół zapanowała, przerywał tylko złośliwy skrzekot jakiegoś ptaszyska. Pot płynął mi po skroniach, a ręce drżały z emocji. Miałem ochotę trzasnąć spinner do wody i dać sobie na dobre spokój
z wędkarstwem. Usiadłem na piaszczystym brzegu i zachciało mi się płakać. Po kilku minutach zdecydowałem się jednak sprawdzić zestaw. Ku mojemu zaskoczeniu nie doszło do zerwania żyłki – wygięły się natomiast ramiona nowej kotwiczki. „A niech to szlag!”
– zakląłem, ale po chwili skonstatowałem, że gdyby nie to, z pewnością strzeliłaby żyłka. Nie łowiłem już tego dnia, zmęczony i smutny udałem się do domu.

Przez następne dwa tygodnie złowiłem na tę obrotówkę z uwiązaną na żyłce kotwiczką kilkanaście wspaniałych boleni. Przyjrzałem się uważnie jej pracy i odkryłem – tak przynajmniej sadzę – powód jej skuteczności. Luźna kotwiczka ciekawie pracowała przy szybkim prowadzeniu, a kolebiąc i obracając się w różne strony, wytwarzała tunel pęcherzyków, które doprowadzały rapy do furii. Sprawdzałem – tego efektu nie było, gdy zakładałem kotwicę klasycznie. Ta sama blaszka, gdy uzbroić ją w sposób nowatorski, stawała się diablo skuteczna.

Pod koniec sierpnia, jakiś miesiąc po mojej porażce, olbrzym wrócił na swoje stanowisko. Znowu zacząłem podchody i polowania. Ryba jednak nie dawała się już tak łatwo oszukać. Wychodziła wprawdzie do szybko prowadzonej wirówki, ale odprowadzała ją do brzegu lub zawracała tuż przed nią. Nie musze mówić, że te boleniowe spacery doprowadzały mnie do palpitacji.

Kiedy traciłem już nadzieję na złowienie giganta, stało się coś nieoczekiwanego. Wybrałem się na wyspę z kumplem, tym, który jako pierwszy pokazał mi wędkarskie eldorado. On z myślą o szczupłych, ja – jak zawsze – z marzeniami o „skaleczonym” boleniu. Po kilku godzinach łowów kolega zbliżył się do miejsca, w którym spinningowałem. Złowił ładnego zębacza i tryskał humorem. Obserwował chwilę moje wysiłki i zapytał uprzejmie, czy może bolkowi podrzucić swoją algę. Spojrzałem na niego z politowaniem i – jako specjalista – dałem wykład na temat łowienia boleni. Mimo wszystko towarzysz zdecydował się wykonać zarzut i… cóż tu dużo mówić – po chwili srebrzysty rekin leżał pod jego nogami, a ja czułem się tak, jakby mnie ktoś w gębę zdzielił. „Na co te moje podchody?! Na co godziny czuwania w upale?! Na co ta cudowna przynęta?!” – zadawałem sobie pytania,
w milczeniu trawiąc porażkę.

Boleń ważył nieco ponad pięć kilogramów i przez kilka lat pozostawał rekordem naszego koła. Mimo, że nie ja go złowiłem, to jednak wspominam wakacje z rekinem do dzisiaj – jako jedne z najpiękniejszych w życiu. To chyba wtedy przekonałem się, że tak naprawdę sól wędkarstwa stanowi jego nieprzewidywalność. Gdyby istniały cudowne recepty, niesamowite sposoby i superprzynęty, łowienie ryb stałoby się dla wielu z nas po prostu nudne. Pewnie – ważne są metody połowu, istotna wiedza, a jeszcze istotniejsze doświadczenie, czasem jednak o sukcesie lub jego braku decyduje zwykły przypadek. I to chyba w wędkarstwie jest najpiękniejsze. Nawet nie „chyba”. Na pewno.

Dyskusje i recenzje

Schowaj teksty   
   

Po prostu świetny tekst.

Początek

Świetnie napisane...

Początek

Przeczytalem kazdy artykul i powiedzialem ze tylko 1 przyznam 6 gratulacje bardzo wciagajacy tekst i super napisany. Pozdrawiam i zycze kolejnych takich przygod tylko juz bez kolegi

Początek

Samo sedno wędkarstwa. Czyta się z przyjemnością.
Andrzej

Początek

Przemek Patriak

Nie ma to jak poczytac artykulu o boleniach !
Sam staram sie lowic bolenie od roku i lowie je z roznymi rezultatami , ciekawi mnie jedna rzecz .
Mianowicie rozmiar obrotowki .
Pozdrawiam
PP

Początek

Norbert Jakubczyk

Bardzo dobry, wciągający tekst.

Początek

 
RSS 2.0
PDF
E-mail do moderatorów Wersja drukowalna - Sklep Wędkarski ŻBIK Pomoc Błędy Księga Gości

Wielki Portal Wędkarski "Rybie Oko" ma charakter otwarty (podobnie jak Wikipedia), każdy może zgłosić chęć współpracy przy jego budowie, obsłudze, zarządzaniu i zostać Moderatorem. Również każdy, kto ma ochotę stać się współtwórcą Rybiego Oka, może wybrać sobie własną grządkę do uprawiania i wspólnie z innymi czynić ją zgodną z własną wizją. Może uczestniczyć w rozwoju konkretnego istniejącego już działu wędkarskiego (np.Filmy, Fotografie, Sprzęt, Humor, Wody, Łowiska, Linki, itp.) lub też stworzyć całkiem nowy. Jeśli lubisz wędkarstwo i pragniesz zostać współtwórcą Rybiego Oka wypełnij ten Formularz listu E-mail i napisz w nim czym chcesz się zająć, i dlaczego właśnie Ty. Aktualne gremium adminów i moderatorów zadecyduje, czy zasługujesz na taką rolę, jeśli jednak masz chęci i choć nieco wiesz o wędkarstwie zapewne masz duże szanse :).