Lewe menu

Filtry

Humor»

Ocena: 5 Ilość ocen: 1

Wobler

Zdzichu i Janek poszli na sumy , po chwili:
- koledzy! ratujcie!Zdziśka, wobler przygniótł.

Wobler
  • Obecnie 5 z 5.
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Ocena: 5/5 (1)

Dziękujemy za Twoją ocenę!

Ty już oceniałeś/aś tę stronę, oceny można dokonywać tylko raz!

Twoja ocena została zmieniona, dziękujemy za ocenę!

Hyde Park»

Sezon

No i zaczęliśmy,
Sezon na szczupaka,
Kto żyw za kij chwyta,
Heja na biedaka,

więcej...

Sezon
  • Obecnie 4,5 z 5.
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Ocena: 4,7/5 (6)

Dziękujemy za Twoją ocenę!

Ty już oceniałeś/aś tę stronę, oceny można dokonywać tylko raz!

Twoja ocena została zmieniona, dziękujemy za ocenę!

Szukaj

Reklama

Szczupak z głębiny

Ocena: 5,89 Ilość ocen: 3Ocena: 5,89 Ilość ocen: 3Ocena: 5,89 Ilość ocen: 3Ocena: 5,89 Ilość ocen: 3Ocena: 5,89 Ilość ocen: 3Ocena: 5,89 Ilość ocen: 3  hit
Ocena: 5,89 
Ilość ocen: 3 
 Ilość wyświetleń: 5118 
Komentarzy: 4 
ID: 44701 
Węzeł: 26154 
Ryszard Siejakowski

Są wspomnienia, które mimo upływu czasu pozostają w naszej pamięci. Zwłaszcza wtedy gdy miało się na kiju szczupaka giganta i pozostał tylko żal, że trzeba go było po prostu urwać. Może gdyby sam to zrobił, mniej by bolało.

Szczyt sezonu urlopowego w pełni. Z całą famułą, czyli rodzinką jedziemy na wczasy. Małżonka obstalowała pobyt w firmowym ośrodku w Skorzęcinie, niedaleko Gniezna. Kto kiedyś był w Skorzęcinie to wie jak to wygląda. Tłum ludzi, od niemowlaków po staruszków w czcigodnym wieku. Na szczęście ośrodek jest położony nad dużym jeziorem Niedzięgiel, zwanym też Skorzęcińskim co zadecydowało o tym, że po niedużych oporach zaakceptowałem ten wyjazd. Woda duża jak na polskie warunki i czysta, jak na stan jezior w Polsce. Rybostan dosyć zróżnicowany, ze szczególnym uwzględnieniem okazałych leszczy, przepięknych linów, węgorzy grubych jak szklanka od herbaty, wyrośniętych garbusów i szczupaków o których opowiadano legendy.

Fama głosiła, że rybacy w sieci dostawali sztuki po 15-20 kilo. Tajemnica tych dużych rozbójników kryła się w prostym fakcie, że na jeziorze występowała sielawa. Ryba wedkarsko nie interesująca ale wspaniała baza pokarmowa dla szczupłych i węgorzy. Po dwóch dniach rekonesansu, odkryłem miejsce na leszcze i liny. Obficie zanęcałem łowisko przez trzy dni, makaronem i kukurydzą. Miejsce to nie cieszyło się zbyt dużym wzięciem przez wędkujących z dwóch powodów. Pierwszy to trzeba było trochę podreptać piechotą aby do niego dojść, a drugi powód bardziej dokuczliwy to komary. Cięły cholery jak diabli a zwłaszcza przed świtem, gdy czaiłem się za wyrośnietym lecholem. A lechole były ho, ho, ho a może jeszcze większe.

Na swoje łowy wyruszałem o trzeciej, czwartej rano gdy ośrodki były jeszcze pogrążone w błogim śnie. Gdy wychodziłem z domku letniskowego było ciemno, tylko na horyzoncie przeświecała poranna poświata. Pół godziny marszu i docierałem do swego upatrzonego miejsca. Wygodne to ono nie było, oj nie. Plecak i zanęte należało zostawić na brzegu, wejść na dobre trzydzieści, czterdzieści metrów do wody /długa płycizna/, wbić podpórki i stać po kolana w wodzie. Od miejsca gdzie były wbite podpórki rozpoczynał się stok, schodzący na siedmiometrową głębie o czystm dnie, miejscami tylko porośnietą roslinnością wodną. Zarzucałem dwie wędki z zestawem klasycznym na leszcza, czyli spławiki typu wagler i jako przynęta, ciasto z kaszki manny lub czerwone robale. O tym czy będą brały decydowało poranne zjawisko spławiania się leszczy. Na dworze była jeszcze szarówka i za wcześnie na łowienie na spławik ale od czasu do czasu było widać płetwy grzbietowe grubych leszczy, wychodzące nad toń wody. Rozpoczynały swoje harce w odległości 200-300 metrów od brzegu i pomalutku zbliżały się do mojego łowiska. Wtedy byłem pewien, że znów będzie pyszna zabawa. Gdy się rozwidniło, zestwy lądowały w wodzie i pozostawało tylko czekać aby weszły w zanęcone łowisko. Brań nie było dużo, wszystkiego cztery, pięć ale za to rybki były niczego sobie. Od trzech do czterech kilogramów jak obszył.

Od czasu leszczowanie zakłócało pojedyńcze branie lina w granicach 1,5 kg. Dziewiąta godzina prze południem i zabawa się kończyła. Za to plecak pił w ramiona jak diabli, gdy trzeba było wracać do domku. Bądź co bądź, trzeba było targać na plecach parenaście kilogramów ryb i pozostałe wędkarskie bambetle. Po tygodniu zabawa mi się znudziła z prostego powodu, nikt juz nie chciał jeść leszczy. Rozpocząłem zabawę z okoniami. Brały na ukleje jak szalone przepiękne garbusy. Przeważały takie w granicach pół kilograma ale czasami zdarzał się "gościniec" bardziej wyrośnięty. Po dwóch dniach zamurowało i okonie zniknęły nie wiadomo gdzie. Już myślałem, że resztę urlopu spędzę bogobojnie z żoną i latoroślami. Na szczęście odwiedził mnie mój serdeczny przyjaciel, zaprzysięgły spiningista. Gdy opowiedziałem mu o swoich bojach z okoniami, oczka mu się zaświeciły i juz o niczym więcej nie chciał rozmawiać. Zaklepaliśmy sobie dwa kajaki u szefa ośrodka i postanowiliśmy wymacać gdzie te skubańce się przemieściły.

Po dobrej pół godzinie ostrego wiosłowania dopłyneliśmy do końcówki jeziora, niedaleko wioski Wylatkowo. Okonie brały ale chimerycznie, za to przyjacielowi udało się zapiąć dwa szczupaki w granicach półtora kilograma. U mnie była totalna bryndza, jeden mizerny okonek to wszystko. Zostawiłem go pod trzcinami i postanowiłem popłynąć pod drugi brzeg. Przepływając przez szerzę natknąłem się na wypłycenie na jej środku. Z głebiny wychodziła łacha w formie wału na dwa, trzy metry. A woda na Niedzięgielu była czyściutka i było wyraźnie ją widać. Czyściutki piaseczek, miejscami porośnięty roślinami. Ciutek głębiej dno było zasłane jak kobiercem, roślinami przypominającymi skrzyp. Nie obrzucać takiego miejsca było by grzechem. Posyłam wirówkę na głęboką wodę i podprowadzam do swego środka pływającego. Gdy zejdę za głęboko, to na kotwiczkach obkładaję się kilogramy tego cholernego skrzypu. Łapska smierdzą od tego paskudztwa niezbyt przyjemnie. Zmieniam sposób prowadzenia i prowadzę trochę wyżej, metr nad tym zielonym dywanem. Paredziesiąt rzutów i ciągle nic.

W którymś kolejnym rzucie, widzę z odległości dobrych trzydziestu metrów swoją migoczącą blachę a za nią podążający cień, olbrzymi cień, długi jak przysłowiowa "gira". Zaparło mi dech w piersiach i z wrażenia zwolniłem ściąganie przynęty. W jednym momencie moja wirówka zniknęła i tylko poczułem takiego kopa, że mi ręce zdrętwiały. Szczupły przywalił i w kilka sekund zabrał mi dobre dwadzieścia metrów żyłki. Hamulec gra, kajak się przesuwa a ja drę się jak opętaniec na kumpla aby do mnie dopłynął. Diabli mnie biorą gdy widzę, że płynie wolno i dostojnie, jak na spacerku. A szczupaczysko buszuje po swojemu, nic sobie nie robiąc z mojego zdenerwowania. Żyłka okoniowa czyli 0,22 i dziw bierze, że jeszcze nie przeciął, widocznie dostał w "nożyczki" i jest poza zasięgiem jego zębisków. Wypuszczam go na dobre czterdzieści metrów aby mieć lepsza amortyzację. Próbuję go podciągnąć i ni chu, chu. Robi co chce. Na szczęście cały czas mam nad nim kontrolę. Marną bo marną ale jakąś tam mam. Mówię do Leszka, pomęcze go i może uda się to bydle podciągnąć do powierzchni.

Musiał się zdenerwować tym, że mu coś przeszkadza w normalnym pływaniu, bo zaczął rzucać łbem. No jeszcze tego brakowało, jak nic żyłka przeleci mu między zębami i będzie po zawodach. Wreszcie pociągnął mocniej, poszedł na głębinę i przymurował. Stoi i za cholerę nie idzie go ruszyć. Ściągam się na żyłce w jego kierunku i paluchem "gram" mu na żyłce aby ruszył. Nie skutkuje, twardo stoi przy dnie. Nieszczęscie zaczęło się za chwilę. Lechu miał głupi zwyczaj pływania kajakiem, że siedział dupskiem na poszyciu a giczały trzymał w kajaku. Machnął wiosłem aby sie do mnie zbliżyć i ... stało się. Kajak fiknął kozła i zrobił wywrotkę. Teraz on się drze.

- Rychu, podpłyń do mnie, bo mi spin wleciał do wody!

Masz babo placek. On pływa przy wywróconym kajaku, ja mam bydlaka na wędce i jeszcze mam mu pomóc. A ten się drze coraz głośniej.

- Widze swój spin w wodzie ale mnie znosi. Podpłyń szybko, bo go nie wyciągniemy.

Z bólem serca musiałem zerwać szczupaka aby mu pomóc. I tak na nic się to nie zdało. Lekki wietrzyk zniósł nas i straciliśmy zatopiony spining z oczu. Mimo podjętej próby odzyskania zatopionego sprzętu ponieśliśmy porażkę. Diabli wzięli mojego szczupaka, jego kij i kołowrotek Mitchell Garcia 300. Tak się kończy zabawa gdy wędkuje się z kajaka. Jaki duży był szczupak nie wiem, w każdym razie było to niezłe szczupaczysko. Oj niezłe.

Jako ciekawostke dodam, że w wywróconym kajaku pozostały jego dwa mizerne szczupaczki. Mizerne w stosunku do mojego potwora.

Dyskusje i recenzje

Schowaj teksty   
   

Rysiek, mam prośbę. Jakbyś tak sięgnął pamięcią i napisał jeszce parę takich opowiadań. O krokodylach, łopatach, i innych rybskach, jakie kiedyś tarmosiły wędki wędkarzy. Dla potomnych napisz. Dla nich kilowa ryba to będzie "sajens fikszyn". Dla mnie już też
Taki artykuł przyjemnie ponownie ocenić. I niech se co niektórzy autorzy poczytają, jak się pisze na "6".

Początek

Jarosław Szczepaniak

Oby Cię wena nigdy nie opuściła. Przyjemnie z rana poczytać coś tak wciągającego.

Pozdrawiam. Jarek

Początek

...tamtych jezior i tamtych ryb.
Bardzo chciałbym zobaczyć znόw poranne spławianie się stada dużych leszczy, te bezszelestne, pełne gracji fikołki. Bardzo chciałbym zobaczyć znόw gromadne żerowanie dużych okoni, usłyszeć szum, jaki sprawia deszcz strzelającej w gόrę drobnicy. Bardzo chciałbym znowu spinningować w wodzie, w ktόrej widać błystkę z dużej odległości, sunącą nad wodorostami. I widzieć atak ryby.
Nie ma dziś ani tych jezior, ani takich ryb. To już przeszłość, niestety. Wspomnienia nam pozostały...
Skoro łowiłeś wirόwką, to musiały być już lata siedemdziesiąte, przedtem trudno było u nas o dobre wirόwki, sprzęt był toporny, ale ryby były.
Trzeba było spisać ten spinning na straty, ale cόż...
Pozdrawiam
Andrzej

Początek

Primum non nocere

Jak zwykle bez pudła, ale z takim kolesiem to bym na kajaki nie poszła, zwłaszcza z kijem

Początek

 
RSS 2.0
PDF
E-mail do moderatorów Wersja drukowalna - Sklep Wędkarski ŻBIK Pomoc Błędy Księga Gości
Reklamy Krokus: Fundusz ETF - ciekawe linki

Wielki Portal Wędkarski "Rybie Oko" ma charakter otwarty (podobnie jak Wikipedia), każdy może zgłosić chęć współpracy przy jego budowie, obsłudze, zarządzaniu i zostać Moderatorem. Również każdy, kto ma ochotę stać się współtwórcą Rybiego Oka, może wybrać sobie własną grządkę do uprawiania i wspólnie z innymi czynić ją zgodną z własną wizją. Może uczestniczyć w rozwoju konkretnego istniejącego już działu wędkarskiego (np.Filmy, Fotografie, Sprzęt, Humor, Wody, Łowiska, Linki, itp.) lub też stworzyć całkiem nowy. Jeśli lubisz wędkarstwo i pragniesz zostać współtwórcą Rybiego Oka wypełnij ten Formularz listu E-mail i napisz w nim czym chcesz się zająć, i dlaczego właśnie Ty. Aktualne gremium adminów i moderatorów zadecyduje, czy zasługujesz na taką rolę, jeśli jednak masz chęci i choć nieco wiesz o wędkarstwie zapewne masz duże szanse :).