Lewe menu

Filtry

Humor»

Ocena: 0 Ilość ocen: 0

Dyktafon

Szef do blondynki sekretarki:
- Jak pani chce, proszę użyć mojego dyktafonu.
- Dziękuję, ale użyję po prostu ręki jak inni.

Dyktafon
  • Obecnie 0 z 5.
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Ocena: 0/5 (0)

Dziękujemy za Twoją ocenę!

Ty już oceniałeś/aś tę stronę, oceny można dokonywać tylko raz!

Twoja ocena została zmieniona, dziękujemy za ocenę!

Hyde Park»

Na rurze.

Trafiłem....

więcej...

Wielkie Łuki cz.2.
  • Obecnie 3 z 5.
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Ocena: 3/5 (3)

Dziękujemy za Twoją ocenę!

Ty już oceniałeś/aś tę stronę, oceny można dokonywać tylko raz!

Twoja ocena została zmieniona, dziękujemy za ocenę!

Szukaj

Reklama

Z cyklu: Z wędką i ze szwagrem.

Ocena: 5,67 Ilość ocen: 2Ocena: 5,67 Ilość ocen: 2Ocena: 5,67 Ilość ocen: 2Ocena: 5,67 Ilość ocen: 2Ocena: 5,67 Ilość ocen: 2Ocena: 5,67 Ilość ocen: 2  hit
Ocena: 5,67 
Ilość ocen: 2 
 Ilość wyświetleń: 6015 
Komentarzy: 2 
ID: 48815 
Węzeł: 29295 

Szczupak.

Mój szwagier zwsze uważał się za wędkarza lepszego ode mnie. I słusznie, ponieważ na pobliskim zalewie łowił od czasu zalania wyrobiska popiaskowego pod koniec lat czterdziestych i pamiętał doskonale ukształtowanie dna. Wiedział, gdzie jest głębia o mulistym dnie, z dużymi leszczami i karpiami, a gdzie kamienista górka, przy której biorą sandacze i wypasione garbusy. Wiedział, przy których kępach trzcin żeruje szczupak na wiosnę lub o świcie, a gdzie go szukać jesienią lub po południu.

Miał szwagier nad wodą starą łódź wiosłową, zacumowaną przy żeglarskim ośrodku, którą konserwował rzadko, zatykając byle czym tylko większe szpary. Wsiadałem do tej łodzi bardzo ostrożnie i z duszą na ramieniu, starając się nie przebić obcasem zbutwiałego dna i odganiając precz myśl o powrocie na piechotę ze środka wcale niemałego akwenu. Ale szwagier nic sobie nie robił z moich złowieszczych przypuszczeń powtarzając, że „co ma wisieć, nie utonie” i stale wypływaliśmy tym próchnem w upatrzone przez niego miejsca.

Lecz po którejś zimie nie wyciągnięta jesienią na brzeg łódź nabrała wody i zatonęła, a próba jej wydobycia skończyła się wyrwaniem z burty przegniłej do cna deski. Reszta też nie była w lepszym stanie, więc pozostawiliśmy to, co pozostało z łodzi na dnie, pod płaczącą wierzbą, schyloną nad nieszczęsnym wrakiem. Nie powiem, abym się utratą łodzi specjalnie zmartwił.

Odtąd łowiliśmy z brzegu. Najczęściej z pomostów różnych ośrodków wczasów niedzielnych, należących do zakładów pracy z okolicznych miast.

Jak wspomniałem, szwagier w wędkowaniu był lepszy ode mnie i pokpiwał sobie stale z moich wędkarskich dokonań. Starałem się bronić twierdząc, że nie jestem mięsiarzem, jak on i nie biorę wszystkich złowionych ryb, tylko te największe. Śmiał się więc, że jego najmniejsza ryba bywa większa od mojej największej. Mnie nie było do śmiechu, ale często była to prawda.

Jednak pewnego razu wziął mi ładny, prawie siedemdziesięciocentymetrowy i dość gruby szczupaczek. Szwagier z kwaśną miną zaraz zaczął wyliczać ile to on już takich szczupaków złowił, ale teraz ja, będąc górą wyśmiewałem bezlitośnie jego – jak je nazywałem – leszczyki. Widziałem, że moje żarty psuły mu wyraźnie humor i podrażniały ambicję, bo odtąd stale zastawiał jedną wędkę z żywcem na szczupaka. Częściej też wybierał się na ryby beze mnie. Ale jakoś mu nie szło i szczupaka nie mógł złowić.

Któregoś dnia szukając czegoś w piwnicy natknąłem się na plastykową zabawkę syna, którą wiele lat temu kupiła mu matka, kiedy był jeszcze całkiem mały. Był to chyba półmetrowy szczupak, odmalowany jak żywy, którym chłopak bawił się podczas kąpieli w wannie. Później zabawka znudziła się małemu i poszła w kąt, a potem ktoś ją wyniósł do piwnicy.

Na jej widok przyszedł mi do głowy szatański pomysł. Wyciągnąłem „szczupaka” z rupieci, wymyłem, żeby nabrał kolorków, wykroiłem dwa otwory, aby szybko napełniał się wodą, umocowałem jakiś zaczep w pysku i przy najbliższej okazji, czyli kolejnej wyprawy na ryby ze szwagrem, zabrałem nad wodę „rybkę” ukrytą w torbie.

I tym razem brania były rzadkie. Łowiliśmy ledwie miarowe płotki, które ja wypuszczałem do wody, a szwagier zakładał na szczupakowy zestaw.

Kiedy słońce już mocno zaczęło dogrzewać, szwagier swoim zwyczajem, wypatrzył gdzieś opodal łowiących kolesiów i poszedł na papierosa, który często kończył się piwkiem lub kielichem. Gdy zniknął za kępą drzew i krzaków, szybko wyjąłem z wody jego szczupakówkę, płotkę wypuściłem do wody, a na kotwiczkę zaczepiłem swojego „szczupaka” z plastyku, napełniwszy go wodą. Wrzuciłem cały zestaw jak najdalej od brzegu. „Szczupak” po chwili zatonął, pociągając za sobą spławik.

Krztusząc się śmiechem na wyrost, wypatrywałem mojego towarzysza na sąsiednich stanowiskach. Zobaczyłem go opodal wśród wysokich traw i krzewów, jak rozmawiał z kolesiami. Nad nimi unosiły się kłębki papierosowego dymu. Odczekałem jeszcze parę minut i nagle wrzasnąłem:

- Szwagieeer ! Masz branie na żywcówce!

Ruszyli z kopyta wszyscy trzej, pozostawiając sprzęt bez opieki. Po chwili z tupotem butów wpadli na dechy pomostu. Szwagier, chwyciwszy wędzisko mocno zaciął. „Szczupak” napełniony wodą po dziurki, z oporem ruszył wyginając wędkę. Szwagier kręcąc korbką twardo ciągnął go do pomostu. Kolesie zgadywali, jaki duży to okaz.

- Co on taki sztywny? – zdziwił się nagle szwagier.

- Pewnie ze strachu – przytomnie zauważył koleś numer 1.

Koleś numer 2 już trzymał podbierak w ręku prostując fałdy siatki przed zanurzeniem w wodzie. Po chwili ujrzeliśmy „kaczopyski” łeb i sztywny tułów przewalający się na fali.

Koleś numer 2 wsadził podbierak do wody, a szwagier mocnym pociągnięciem umieścił „szczupaka” w siatce.

- Co jest do cholery? – zawołał zdumiony, widząc wyprostowane, sztywne „ciało ryby” w podbieraku.

I nagle obydwaj jego kolesie przyjrzawszy się z bliska „szczupakowi” wybuchnęli gromkim śmiechem, któremu wtórowałem, trzymając się za brzuch.

Szczupak” sikał z otworów wodą na szwagra, usiłującego wyplątać kotwiczkę z oczek siatki i pyska „ryby”. Szwagrowi broda trzęsła się ze złości i kiedy odczepił wreszcie „zdobycz”, z rozmachem cisnął ją w najbliższe krzaki i począł zwijać sprzęt. Dowcipnym dogaduszkom nie było końca, albowiem kolesie, też górnicy, oprócz skłonności do kielicha mieli niewyparzone gęby i używali sobie ile wlezie na pechowcu.

Do domów wracaliśmy osobno, a szwagier przez dwie niedziele nie zapraszał mnie na wspólne wędkowanie.

HJ

Dyskusje i recenzje

Schowaj teksty   
   

ja też znam takich wielkich łowców i kiedyś też zrobiliśmały żarcik może kiedyś go opisze

Początek

Też się uśmiałem

Andrzej

Początek

 
RSS 2.0
PDF
E-mail do moderatorów Wersja drukowalna - Sklep Wędkarski ŻBIK Pomoc Błędy Księga Gości
Reklamy Krokus: Producent wszywek, metek, etykiet. Zobacz: Metki Firma "Wszywka" zaprasza!

Wielki Portal Wędkarski "Rybie Oko" ma charakter otwarty (podobnie jak Wikipedia), każdy może zgłosić chęć współpracy przy jego budowie, obsłudze, zarządzaniu i zostać Moderatorem. Również każdy, kto ma ochotę stać się współtwórcą Rybiego Oka, może wybrać sobie własną grządkę do uprawiania i wspólnie z innymi czynić ją zgodną z własną wizją. Może uczestniczyć w rozwoju konkretnego istniejącego już działu wędkarskiego (np.Filmy, Fotografie, Sprzęt, Humor, Wody, Łowiska, Linki, itp.) lub też stworzyć całkiem nowy. Jeśli lubisz wędkarstwo i pragniesz zostać współtwórcą Rybiego Oka wypełnij ten Formularz listu E-mail i napisz w nim czym chcesz się zająć, i dlaczego właśnie Ty. Aktualne gremium adminów i moderatorów zadecyduje, czy zasługujesz na taką rolę, jeśli jednak masz chęci i choć nieco wiesz o wędkarstwie zapewne masz duże szanse :).