Lewe menu

Filtry

Humor»

Ocena: 0 Ilość ocen: 0

Czerwony Kapturek

Czerwony Kapturek idzie przez las wypatrując wilka,słyszy jakieś jęki
z krzaków, rozgarnia gałęzie i co widzi? Wilk zupelnie nieprzygotowany do konsumpcji, oczy przekrwione, sierść skudłacona, język sztywny jak kołek wisi z pyska (stan pewnie znany niektórym kolegom). Kapturek
z wyrzutem mówi:
- wilku w bajce jest inaczej, powinieneś mnie zjeść
wilk na to:
- Kapturek od....... się, trzy dni z Costnerem tańczyłem.

Czerwony Kapturek
  • Obecnie 0 z 5.
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Ocena: 0/5 (0)

Dziękujemy za Twoją ocenę!

Ty już oceniałeś/aś tę stronę, oceny można dokonywać tylko raz!

Twoja ocena została zmieniona, dziękujemy za ocenę!

Hyde Park»

Gwiazda TVN-u

Ewa od Cwikłów,
TVN-u gwiazda,
Choć błysnęła przez chwilkę,
Lecz to była jazda.

Gwiazda TVN-u
  • Obecnie 3,5 z 5.
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Ocena: 3,6/5 (13)

Dziękujemy za Twoją ocenę!

Ty już oceniałeś/aś tę stronę, oceny można dokonywać tylko raz!

Twoja ocena została zmieniona, dziękujemy za ocenę!

Szukaj

Reklama

Wspomnienia z rozlewisk Styru i Prypeci

Ocena: 5,86 Ilość ocen: 7Ocena: 5,86 Ilość ocen: 7Ocena: 5,86 Ilość ocen: 7Ocena: 5,86 Ilość ocen: 7Ocena: 5,86 Ilość ocen: 7Ocena: 5,86 Ilość ocen: 7  hit
Ocena: 5,86 
Ilość ocen: 7 
 Ilość wyświetleń: 5400 
Komentarzy: 9 
ID: 48868 
Węzeł: 29322 

Było to jeszcze przed wojną. Miałem wówczas chyba nie wiecej niż 9 - 10 lat. Rodzice, a właściwie Mama zadecydowała, że na kolejne "wywczasy" pojedziemy do jej, dawno nie widzianej ciotecznej siostry, która gospodarzyła wraz z mężem i dziećmi na jakieś resztówce, pozostałości po rozparcelowanym majątku, gdzieś na północny zachód od Stolina na Polesiu.

.

Po rozpoczęciu szkolnych wakacji Ojciec wziął urlop i zaczęliśmy przygotowania do podróży. Jak zwykle przy pakowaniu do waliz, koszy i toreb rzeczy – zdaniem Mamy – absolutnie niezbędnych, Rodzice posprzeczali się, w wyniku czego bagaż został jednak zredukowany do połowy, pozbywszy się przede wszystkim większości pantofli na wysokich obcasach i kiecek Mamy, lamentującej: - a w co ja się ubiorę !? Ale Tata i ja nie przejmowaliśmy się zbytnio. Należało to bowiem do corocznego rytuału przed wyjazdem na „wywczasy”, jak wtedy mówiono. Pilnowałem tylko, aby zostały zabrane wędki i inne wędkarskie utensylia, do czego zobowiązał mnie Ojciec.

Wyjechaliśmy pociągiem rano i po paru chyba godzinach wysiedliśmy w Stolinie. Tam, uprzedzony o terminie naszego przyjazdu, czekał na nas Wujek z bryczką zaprzężoną w parę wypasionych koni, które tymczasem wyżerały owies z toreb zawieszonych na ich karkach. Po załadowaniu bagaży (Wujek: - a po cóż wyście tyle tego zabrali ?!) i usadowieniu się na siedzeniach, przykrytych barwnymi, samodziałowyni kilimkami, ruszyliśmy w drogę.

Droga, zwykła polna droga, wpisana w krajobraz nasycony różnymi odcieniami zieleni, miejscami piaszczysta, miejscami błotnista wiła się przeważnie przez gęste, niewysokie laski sosnowo-brzozowe, przedzielone spłachetkami owsa i żyta. Gdzieniegdzie za obejściem niskich, krytych słomą chałup, wtopionych w zieleń sadów, ciemniały zagony kartofli. Co jakiś czas przejeżdżaliśmy w bród przez płytkie rozlewiska lub po rozchwierutanych, drewnianych mostkach nad głębszymi, bagnistymi rzeczkami, otoczonymi pasami jasnozielonych trzcin. Widziałem jak Tata z błyskiem w oku przyglądał się bacznie zawirowaniom ciemnej wody, na głębszych dołach mijanych odnóg i dopływów Styru.

Do domu Ciotki dotarliśmy przed zmrokiem. Dom był niski, przysadzisty, ale obszerny z wysokim poddaszem, udającym piętro, przykryty dużym, krytym gontami dachem, spod którego mrugały żółtym światłem, wcześniej niż zwykle zapalonych, naftowych lamp, liczne, choć niewielkie okna. Po hałaśliwym, z udziałem ujadających psów powitaniu, pełnym achów i ochów, licznych cmoknięciach i posiąkiwaniu nosami, weszliśmy do obszernego salonu-jadalni, na środku której stał olbrzymi stół na krzyżakach, uginający się pod ciężarem półmisków i talerzy, pełnych mięsiwa, kiełbas, szynek, boczków, kiszonych ogórków, marynowanych grzybów, kiszonych w kapuście jabłek i czego tam jeszcze w spiżarni nie było. Olbrzymi bochen świeżego, pachnącego, wiejskiego chleba królował na honorowym miejscu.

Po sutej kolacji, lekko zakrapianej przez dorosłych czymś na pewno mocniejszym, poszliśmy spać na pięterko, do „pokojów gościnnych”, którymi były dwa niewielkie pokoiki na poddaszu, z obszernymi łóżkami wymoszczonymi pod sufit pachnącymi sianem siennikami, puchowymi poduchami i pierzynami. Usnąłem od razu, zmęczony podróżą i obfitą kolacją.

W nocy chyba spadł deszczyk, bo ranek powitał nas wilgotnym, ale rzeźkim powietrzem, szybko nagrzewającym się w promieniach słońca. Wygramoliłem się z piernatów, ubrałem i zszedłem na dół. Ciotka z Mamą szykowały śniadanie, opowiadając jedna przez drugą o rodzinnych wydarzeniach, zaszłych od ostatniego ich spotkania. Wyjrzałem na obszerne podwórze. Wujek przyjaźnie coś do mnie krzyknął, dźwigając do obory ogromny snop słomy. Wysoki i starszy ode mnie chłopak, zapamiętany z wieczornej prezentacji, jako syn wujostwa, wyprowadzał właśnie ze stajni do koryta z wodą obydwa konie, trzymając je za uzdy. Z kurnika rozlegał się piskliwy, dziewczęcy głos, pomieszany z gdakaniem i gęganiem domowego ptactwa. Z głębi obory, czy też chlewu dobiegał i wiercił uszy przenikliwy kwik świń domagających się żarcia. Zaczął się zwykły wiejski dzień, pełen krzątaniny w obejściu.

Po paru dniach rozpoznawczych wędrówek z Tatą lub kuzynem po okolicznych laskach, pełnych – jak się okazało – grzybów, których większości nie umiałem rozpoznać, po paru próbach wędkowania w pobliskim starorzeczu, czy też stawie o ciemnej, nieruchomej wodzie, pokrytej szuwarami i rzęsą, gdzie Tata złowił jakieś liny i jazie, a ja płotki i okonki, wszystkie raczej mniejszej miary, bo nie zapamiętałem żadnej emocjonującej sceny połowu – pewnego dnia Wujek oświadczył, że dopiero dzisiaj wieczorem pokaże nam, jak się u nich łowi prawdziwe ryby!

Faktycznie, przed zapadnięciem zmroku Wujek z synem, Ojciec i ja wsiedliśmy ostrożnie do sporej „dłubanki”, t.j. łódki wykonanej z jednego, grubego pnia drzewa i najpierw starorzeczem, a później jakimiś przesmykami między lasem wysokich trzcin wypłynęliśmy na szerokie rozlewisko, nie pamiętam już, Styru czy Prypeci, między liczne torfowe wysepki z rachitycznymi olszynkami i całe połacie oczeretów, pałek i tataraku, pomiędzy którymi pływały stadka dzikich kaczek, kurek wodnych i perkozów, wracające z żerowisk do swoich ostoi wśród gęstwiny trzcin.

Było już ciemno, kiedy wiosłujący Wujek i kuzyn, popychający łódź drągiem odłożyli swoje narzędzia na burty. Wujek umocował na dziobie łodzi coś w rodzaju drucianego koszyka i nakładł tam smolnych szczapek, które następnie podpalił. Nad lustrem wody zapłonęło migotliwe ognisko, kładące chwiejne refleksy ognia na ciemnej wodzie, w tym miejscu dość płytkiej. Z dna łódki Wujek podniósł długą tyczkę zakończoną czymś w rodzaju trójzęba z zadziorami. Kiwnął ręką na Tatę, który ostrożnie przesunął się do przodu. Obaj wychylili głowy nad wodę. Po chwili Wujek pokazał coś palcem Tacie, ujął mocniej tyczkę w obie ręce i pchnął ją prosto w wodę tuż przy burcie. Płytka, do metra woda zafalowała gwałtownie, łódka zaczęła kiwać się na boki mimo, że kuzyn wiosłem kontrował przechyły. Gdy woda nieco się uspokoiła Wujek oburącz, jak widły, dźwignął drąg zginając się i wrzucił do łodzi dużego, trzepoczącego się szczupaka. Podkuliłem nogi, bo szczupak rozdziawiał paszczę tuż obok moich stóp, ale po chwili znieruchomiał. Wujek wyszarpnął oścień z krwawiącego ciała ryby, coś mówiąc do Ojca ze śmiechem i znów pochylił się nad wodą.

Po godzinie ryb, dużych ryb: szczupaków, sazanów i sumów było w łódce kilkanaście. Na dnie pełno było łusek, jakichś strzępów wnętrzności, pływających w czerwonej od krwi wodzie. Mój Ojciec z dziwnym wyrazem twarzy przesiadł się do tyłu, a Wujek, podtrzymując mnie ręką, pomógł mi przegramolić się na przód łodzi. Pochyliłem się nad wodą. W migotliwym świetle smolnych drewienek początkowo widziałem tylko ciemną toń. Ale po chwili wpatrywania się zacząłem odróżniać muliste dno, przesuwające się do tyłu, popychanej drągiem dłubanki. Z dna wyrastały długie pędy różnego rodzaju roślin. Gdzie niegdzie leżały grube gałęzie i kawały innego drewna. W pewnej chwili Wujek podniósł oścień i silnie wbił go w taką leżącą kłodę, która nagle, ku mojemu zdumieniu ożyła i przyciśnięta do dna zaczęła mocno miotać się, wzniecając tuman mułu i szczątki drobnych roślin. Po chwili ryba osłabła i Wujek stękając dźwignął z dna metrowego chyba suma, który w łódce ponownie zaczął bić ogonem, omal nie powodując wywrotki.

Popłynęliśmy dalej powolutku i Wuj pokazywał mi ręką mijane mniejsze i większe ryby, które ja słabo rozpoznawałem, ale on bez wahania wymieniał ich miejscowe nazwy.

Do domu wróciliśmy chyba około północy. Pełen wrażeń, opowiadając Mamie o niezwykłym połowie poszedłem spać. W nocy śniła mi się zbełtana, czarna woda i szczerzące zęby paszcze ogromnych ryb.

Rano ryby były już sprawione i wędziły się w dymie, w beczce przerobionej na wędzarnię.

W takich połowach uczestniczyłem podczas pobytu u Wujostwa jeszcze parę razy. Nauczyłem się w świetle palącego się łuczywa odróżniać szczątki drzew od ryb i nawet rozpoznawać ich gatunki. Nie brałem się tylko za oścień. Pewnie dlatego, że był dla mnie za ciężki, a może z innego powodu. Nie pamiętam.

Tata po tej pierwszej wyprawie już nie brał udziału w następnych. Wolał siedzieć ze swoim bambusem nad brzegiem starorzecza, pod cienistą wierzbą i łowić normalnie, na wędkę, złociste liny, grube jazie i płocie oraz pięknie wygarbione, pręgowane okonie. Któregoś dnia, gdy przysiadłem się do Taty ze swoją leszczynówką, ten ni stąd ni zowąd, jakby wyrażając głośno dalszy ciąg swoich myśli odezwał się do mnie cicho: „...wiesz synu, to była zwyczajna mordownia, ryby nie miały żadnych szans... i za dużo w tym krwi...”. Przytuliłem się do jego ramienia gestem, wyrażającym absolutną zgodę z jego zdaniem.

* * *

Czterdzieści dwa lata później, pracując na jednej z budów w byłym Związku Sowieckim, oddalonej tylko o jakieś głupie trzysta kilometrów od miejsca, które wspominam wyżej, przy okazji jakiegoś sobotnio-niedzielnego wyjazdu w tamte strony na zakupy, postanowiłem odwiedzić zapamiętane, "wakacyjne" okolice. Zostawiwszy moich towarzyszy w jakimś miasteczku, aby zwiedzili miejscowe sklepy, z mapą w ręku ruszyłem „nyską” w kierunku znajomej z dzieciństwa miejscowości.

Nie poznawałem krajobrazu. I nie dziwiłem się temu zbytnio. Wszak od tamtych czasów minęło ponad czterdzieści lat. Przez ten kraj przetoczył się dwa razy okrutny walec wojny. Wszystko to musiało zmienić układ dróg, obszar lasów i pól, rzeczek i rozlewisk. A i pamięć dziecka inaczej rejestrowała panoramę okolic. Ale w pewnej chwili zdałem sobie sprawę, że bez względu na zapamiętany obraz tamtych terenów, zabrakło mi w tym obrazie jednego elementu, który na zdrowy rozum zmienić się nie miał prawa, powinien pozostać niezmienny. To był inny, jakiś obcy obecnie koloryt tej ziemi, dawniej wilgotnej i ubarwionej we wszystkie odcienie zieleni, teraz żółtawej, suchej i zapylonej. Nie napotykałem na liczne niegdyś rozlewiska. Mniej było głębokich rzeczek, potoczków o przezroczystej, chociaż ciemnawej, torfowej wodzie i całkiem malutkich strumyczków zarośniętych bujną, soczystą zielenią, a te, które mijałem stały się jakieś wąskie, płyciutkie i ... brudne. Bujna, soczysta dawniej zieleń traw i trzcin gdzieś się straciła i widać było tylko wysuszone kępy jakichś skołtunionych, żołtawo-popielatych badyli, szeleszczących sucho na wietrze. Tam, gdzie powinny być olszynowo-brzozowe i sosnowe laski, podszyte gęstym jagodnikiem, sterczały rachityczne sosenki z obłamanymi od spodu gałęziami. W szarzyźnie ni to pól, ni to łąk od czasu do czasu przeświecało żółto-zielone poletko czegoś, co wyglądało na niewyrośnięte żytko i – patrząc z bliska – żytkiem było, tyle że drobne parocentymetrowe kłoski oddalone były od siebie o co najmniej pół metra. Brakowało obszernych, przysadzistych domostw, krytych gontem i otoczonych stuletnimi lipami lub owocowymi sadami. Spotykane po drodze pojedyńcze chałupinki sklecone były z byle czego, najczęściej z kolejowych podkładów i jakichś odpadów drewna i kamienia.. Nieliczne kołchozowe osiedla składały się z jednakowych, prefabrykowanych, niewielkich budyneczków, w otoczeniu rozpadających się komórek i wiat, ale stojących w szeregu „smirno”, na baczność, frontem do wyboistej, gruntowej uliczki.

W końcu z pomocą mapy dotarłem do celu podróży: Do rozległej na pierwszy rzut oka kołchozowej wsi, siedziby rejonu (gminy), w której na centralnym placu czerwienił się pomnik „pobiedy”, odmalowywany co roku zwykłą, czerwoną farbą, która po dwóch-trzech miesiącach znów odłaziła całymi płatami. Rozpytując siedzących na ławeczce „dziadźków” udało mi się znaleźć właściwą drogę do miejsca , gdzie kiedyś stał dworek w otoczeniu lip i sadu.

Ale po dworku i lipach nie było śladu, tylko na wpół uschnięte konary kilku bardzo starych, wyrośniętych jabłoni, stojących w szyku przypominającym rosnący tu niegdyś sad, i kępy olbrzymich pokrzyw wskazywały, że kiedyś stał tu dom. W pokrzywach odkryłem resztki okazałego niegdyś pieca, z na wpół rozwalonym kominem.

Popatrzyłem na jałowy krajobraz, urwałem na pamiątkę gałązkę jabłoni z poskręcanymi od pasożytów liśćmi i odjechałem w kierunku nieodległej, przydrożnej chałupiny, zbudowanej byle jak, z drewnianych kloców, resztek cegieł i wapienia. Zatrzymałem samochód przed połamanym ogrodzeniem z gałęzi. Z chaty wyszedł brodaty i mocno pochylony starzec w waciaku. Z za koślawego kurnika wyjrzała równie wiekowa babcia w barchanowym kaftaniku, długiej spódnicy i chustce nasuniętej na czoło. Stary podszedł do płotu i spojrzał spod siwych krzaczastych brwi załzawionymi oczami.

- A wy do kogo przyjechali ? Zapytał w języku podobnym do rosyjskiego, który jednak rosyjskim nie był.

- A ja tak po drodze – Odpowiedziałem po rosyjsku. – Bo tutaj, dziadku, przed wojną moi krewni mieszkali.

- A, krewni, mówisz. Przewłoccy – znaczy się. Pamiętam, i dwór pamiętam. A dwór spalili, całkiem spalili. A po chwili dodał: – A Twoich to wywieźli, chyba w czterdziestym co, babko? Zwrócił się do staruchy, która tymczasem przyczłapała do płotu.

- A tak, to jeszcze przed germańcem stało się – odrzekła cichym, ale dźwięcznym głosem po polsku.

Po chwili rozmowy o tamtych czasach i wydarzeniach spytałem o to, co mnie nurtowało od początku wyprawy w te strony.

- Dziadku, a gdzie woda podziała się? Przecież gdzieś tam – wskazałem ręką w kierunku zakrzaczonego zagłębienia za resztkami sadu – był staw. I rzeczułka była. Gdzie to starorzecze, rozlewiska, rzeki, jeziorka?

Dziad popatrzył starczymi, wyblakłymi i bezrzęsymi oczami gdzieś w niebo i machnął ręką.

- Nie ma wody – rzekł głucho – nie ma wody, nie ma siana, nie ma ryby, nic nie ma. Wszystko to przez tę ich „gidromeleracje”. Miały być łąki, rasowe krowy i chleb. Nie ma chleba. Woda uciekła. Nie ma wody – powtórzył – i ryby nie ma. Kuszat` nieczewo – dodał i czysto po rosyjsku zaklął – „meleranty”, mat` ich czasnaju...

- Masz co zapalić, synok – spytał ? Podałem mu paczkę „Złotego runa”. Wyjął z paczki jednego papierosa, powąchał. Pachniały mentolem. Skrzywił się nieco, ale wyciągnąwszy z kieszeni kufajki olbrzymią, zapalniczkę, zrobioną z łuski pocisku kaliber 14,5 mm zapalił i zaciągnął się głęboko. Puścił w niebo kłąb dymu i wycedził:

- Jakieś miękkie. Nie ma to jak machorka. Sztachniesz się i aż się w duszy lekko robi. A to jakieś słodkie, ścierwo – i tłuste.

Babka wyjęła mu paczkę z ręki i powąchała.

- Ładnie pachnie – szepnęła ni to do nas, ni to do siebie. – A ty, synok, kim jesteś ? Synem dziedzica ?

- Nie – odrzekłem. – Tu mieszkała moja ciotka i ja tutaj byłem tylko raz, z rodzicami, przed wojną.. Łowiłem ryby.

- A, ryby... Uśmiechnęła się smutno.

- Były ryby, och były, panie. Było co jeść. Uchę trojną warzyłam – westchnęła.

- Ale, co tam, zachodź do chaty, synok, blinami ugoszczę – uśmiechnęła się, tym razem jakoś tak - po macierzyńsku.

Zajadając bliny dowiedziałem się ze skąpych jednak wypowiedzi dalszych szczegółów. Sowiecka władza postanowiła po wojnie zaprowadzić na Polesiu nowoczesną gospodarkę hodowlaną i w związku z tym zabrano się do osuszania bagien, rozlewisk i podtapianych łąk. Teren zmeliorowano i osuszono, ale na bardzo lichej glebie, pozbawionej wody, szlachetniejsze gatunki traw i zboża nie chciały rosnąć, zagłuszane byle jakim zielskiem. Poziom wód gruntowych niebezpiecznie się obniżył, a dotychczasowa równowaga ekologiczna istniejąca od setek tysięcy lat uległa nieodwracalnemu załamaniu.

Władze, wykonawszy to, co nakazywał centralny plan, porzuciły „genialne” rozwiązania problemu „bezproduktywnych” ziem i zajęły się bardziej aktualnymi pomysłami. Uboga ziemia straciła większość tego, co miała najcenniejszego: wodę, bogatą we wszelakie gatunki ryb i pełne jagód i grzybów wilgotne poszycie lasów. Odeszły bobry, zmniejszyła się populacja zwierzyny płowej. Nawet liczne dawniej watahy wilków gdzieś się wyniosły. Część odeszła w inne strony, resztę wybili myśliwi i kłusownicy. Pozostała wszechobecna nędza i beznadzieja spustoszonej krainy.

Wszystkie te opowiedziane przez staruszków historie przetrawiałem w moich myślach w czasie drogi powrotnej. I pomyślałem sobie, że i u nas, w Polsce częste są mało przemyślane próby poprawiania przyrody, „okiełznania” jej, jak pyszałkowato pisali – z bożej łaski – propagatorzy kolejnych pomysłów. Przypomnijmy sobie budowę kanału Wieprz-Krzna, o którym dzisiaj, zapuszczonym i zdewastowanym, mało kto pamięta. Przypomnijmy sobie również „kaskaderskie” projekty skanalizowania Wisły. I łakome zerkanie rodzimych „melerantów” na Bagna Biebrzańskie i Dolinę Rospudy, jedyny w Europie Zachodniej i Środkowej, naturalny rezerwat bagienno-łąkowy, którego powinniśmy strzec jak oka w głowie, aby ten unikalny zespół przyrodniczy zachować dla potomnych. Wciąż słychać o kolejnych pomysłach i próbach przegradzania i prostowania pomorskich i mazurskich rzek, ostatnich tarlisk troci i łososia...

Samochód podskakiwał na wybojach gruntowej drogi, wysuszone łączki i laski uciekały do tyłu w podnoszonej kołami „nyski” chmurze kurzu. Czasem tylko przejeżdżając przez płyciutki potoczek rozchlapywałem kołami niewielką, a może ostatnią kałużę wody. Uciekały wstecz: droga, czas i wspomnienia sprzed lat czterdziestu.

HJ

Dyskusje i recenzje

Schowaj teksty   
   

Czytałem z ogromną ciekawośią, brawo. Komu się podobało polecam "lato leśnych ludzi" M. Rodziewiczówny - to jeden wielki opis staropolskiej przyrody, hymn na jej cześć. Pozdrawiam.

Początek

Początek

Primum non nocere

Doskomite. I nic więcej nie da się powiedzieć.

Początek

Początek

Smutne.

Niestety, tzw. „postęp” najczęściej oznacza degradację. I nie tylko przyrody.
Komuna jest najlepszym egzemplum tak pojmowanego i tak zaprowadzanego postępu. Na każdym polu.

Komuny nie ma, ale tamto myślenie i tamto podejście do przyrody pozostało. Zginęła też gdzieś dawna uczciwość i prawość. Tamten świat nie istnieje.

Pozostały wspomnienia i żal, za tym co było.
I refleksje, że to, co dziś jeszcze zostało, też jest zagrożone i że mimo wysiłkόw nielicznych, też się pewnie nie ostanie. Ulegnie. Chciwość, głupota i zarozumialstwo niestety jest silniejsze. To, co piękne, a czego nie da się w prosty sposόb przełożyć na zysk niestety jest zagrożone.

Zniszczono Polesie, zniszczą Dolinę Rospudy. Zostaną asfaltowe autostrady, pędzące po nich ciężarόwki, chmura spalin, tony śmieci w przydrożnych namiastkach lasu. W zamian pobudują przy tych autostradach stacje paliw, puby i inne garkuchnie. Będzie ładnie i nowocześnie. Nasz świat musi odejść. Kogo obchodzą jakieś ryby, jakaś zwierzyna dzika, jakieś rzadkie rośliny czy motyle? Na tym się przecież nie zarabia...
Andrzej

Początek

Mam podobne wspomnienia z dziecęcej wyobraźni . Ojciec był jednym z pieciorga potomstwa, z mariażu białego oficera i panny pracującej w domu Czartoryskich w Warszawie . Wiry historii przeniosły rodzinę na Białoruś do Mińska. Wypoczynek letni odbywali w rejonie obecnego Soligórska , bagna, mokradła w dali widoczna góra ,łowienie ryb z pychówek ze starszymi braćmi , i pieczenie ich w ognisku. Przyszedł rok 1918 , dziadek nie wstapił do czerwonej "bandy",za co kozacy go wypatroszyli. Dwaj starsi bracia zabrali mojego ojca i uciekli do Hrabiny na Kujawy , gdzie prowadziła ochronkę. Ojcu pozostały tylko wspomnienia z raju utraconego , które mnie zaraziły. Gdy w 1985r spodkałem białorusina z Mińska Białoruskiego wiec się z nim zaprzyjaźniłem. po kilku rozmowach okazało się że jego babcia mieszka właśnie tam gdzie były letniki mojego ojca ale nie ma już mokradeł tylko pustynia bo góra jest z apatytu więc kopalnia osuszyla okolice.Wspomnienia z mojej dziecęcej wyobraźni umarły. . . .

Napisał Pan coś co serce polechce i zmusi do refleksji, coś co raduje i uczy.

Początek

Od kilku lat nie czytałem na RO tak dobrego opiwiadania, z taką mądrą i przemawiającą do wyobraźni puentą. Dziękuję.

Początek

 
RSS 2.0
PDF
E-mail do moderatorów Wersja drukowalna - Sklep Wędkarski ŻBIK Pomoc Błędy Księga Gości
Reklamy Krokus: Open source ERP i CRM - OpenERP - obecnie nazywany Odoo

Wielki Portal Wędkarski "Rybie Oko" ma charakter otwarty (podobnie jak Wikipedia), każdy może zgłosić chęć współpracy przy jego budowie, obsłudze, zarządzaniu i zostać Moderatorem. Również każdy, kto ma ochotę stać się współtwórcą Rybiego Oka, może wybrać sobie własną grządkę do uprawiania i wspólnie z innymi czynić ją zgodną z własną wizją. Może uczestniczyć w rozwoju konkretnego istniejącego już działu wędkarskiego (np.Filmy, Fotografie, Sprzęt, Humor, Wody, Łowiska, Linki, itp.) lub też stworzyć całkiem nowy. Jeśli lubisz wędkarstwo i pragniesz zostać współtwórcą Rybiego Oka wypełnij ten Formularz listu E-mail i napisz w nim czym chcesz się zająć, i dlaczego właśnie Ty. Aktualne gremium adminów i moderatorów zadecyduje, czy zasługujesz na taką rolę, jeśli jednak masz chęci i choć nieco wiesz o wędkarstwie zapewne masz duże szanse :).