Lewe menu

Filtry

Humor»

Ocena: 0 Ilość ocen: 0

Dyktafon

Szef do blondynki sekretarki:
- Jak pani chce, proszę użyć mojego dyktafonu.
- Dziękuję, ale użyję po prostu ręki jak inni.

Dyktafon
  • Obecnie 0 z 5.
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Ocena: 0/5 (0)

Dziękujemy za Twoją ocenę!

Ty już oceniałeś/aś tę stronę, oceny można dokonywać tylko raz!

Twoja ocena została zmieniona, dziękujemy za ocenę!

Hyde Park»

Na rurze.

Trafiłem....

więcej...

Wielkie Łuki cz.2.
  • Obecnie 3 z 5.
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Ocena: 3/5 (3)

Dziękujemy za Twoją ocenę!

Ty już oceniałeś/aś tę stronę, oceny można dokonywać tylko raz!

Twoja ocena została zmieniona, dziękujemy za ocenę!

Szukaj

Reklama

Mój znajomy szczupak

Ocena: 5,33 Ilość ocen: 3Ocena: 5,33 Ilość ocen: 3Ocena: 5,33 Ilość ocen: 3Ocena: 5,33 Ilość ocen: 3Ocena: 5,33 Ilość ocen: 3Ocena: 5,33 Ilość ocen: 3
Ocena: 5,33 
Ilość ocen: 3 
 Ilość wyświetleń: 3442 
Komentarzy: 3 
ID: 9376 
Węzeł: 7669 

Historia ta wydarzyła się kilka lat temu nad przepływającą przez moje miasto rzeką. Rzeka ani ładna, ani rybna – taka sobie po prostu. Kiedy jednak brakowało mi czasu na dłuższy wyjazd nad Wisłę czasami zapuszczałem się nad nią ze spinningiem.

Rzeka płynie sobie równym w zasadzie korytem, urozmaiconym gdzieniegdzie większymi rozlewiskami. W pewnym momencie jednak rozwidla się, opływając niewielką wyspę. Odnoga jest długa na jakieś 100 metrów, płytka i leniwa. W dodatku dotrzeć nad samą wodę niełatwo – zabezpiecza ją szeroki pas grzęzawiska i plątanina wysokich na chłopa trzcin. Nawet jednak odziany w wodery człowiek ma dostęp zaledwie do kilkumetrowego odcinka, ponieważ wzdłuż dalszej części odnogi grzęzawisko jest zbyt głębokie i niejeden już zostawił w nim gumiaki.

Wlazłem w te trzciny kiedyś i ja. Z mozołem dobrnąłem do wody skacząc od jednej do drugiej twardszej kępy trzciny. Nie było ani wygodnie, ani przyjemnie, a na domiar złego ku wieczorowi komary się po prostu wściekły.
Na początek w kilku krótszych rzutach wydłubałem dwa czy trzy pasiaki, nieco tylko większe od mojej dłoni. Później króciutkiego szczupaczka i jeszcze dwa czy trzy okonie. W końcu jednak, ryzykując utratę gumki na krzaku olchy, posłałem gumkę za leżącą w wodzie gałąź.
Wziął.
Zobaczyłem tylko błysk łuski i poczułem na kiju przez chwilę tępe przytrzymanie. Zszedł! Diabli nadali – wyglądał na sporo ponad wymiar, prawdziwy okaz jak na to łowisko. Podpuszczałem go jeszcze z godzinę zmieniając wszystkie przynęty z pudełka, ale zlekceważył całkowicie moje starania.
Dobra, zobaczymy jeszcze, kto jest sprytniejszy.

Dwa dni później byłem tam znów. Nie próżnowałem w domu. Wykręciłem błystki specjalnie na tą miejscówkę. Leciutkie, z plastikowym korpusikiem, na paletce wypłakanej u miejscowego rękodzielnika (robił chłop takie listki do obrotówek, że Meppsy wymiękały!). Żeby nie prowokować zaczepów dałem pojedyńczy hak, na który nawlokłem twistera.
Tym razem nie traciłem czasu na okonki. Pierwszy rzut za gałąź – i siedzi! Nie, nie siedzi. Zszedł. O żesz w płetwę szarpany! Takiś chytry? Jeszcze godzinę rzucałem w to miejsce, ale bez efektu. Poszedł sobie.

Na drugi dzień znów przedzierałem się przez trzcinowisko. Na agrafkę zapiąłem błystkę – samoróbkę. Jeden rzut za gałąź. Wyjście, uderzenie, zszedł. Jak jakieś deja vu. Totalny replay.
Do domu wróciłem nieco zdruzgotany.
Ale następnego dnia w drodze do pracy zboczyłem nieco z kursu i wlazłem w trzcinowisko. Powtórka z rozrywki. Rzut, branie, zejście. No nie, to niemożliwe!

Na tydzień dałem mu spokój. Gryzłem się tylko pytaniem, czemu cały czas schodzi z haka. Może w tej płytkiej wodzie mnie widzi i bierze ostrożnie? Jak tak, to muszę go zaskoczyć. U kolegi zamówiłem sobie woblera. Siedmiocentymetrową płotkę schodzącą pod wodę na dziesięć centymetrów. Robił chłop takie woblery, że Rapala może się uczyć!

Tymczasem, czekając na woblera, postanowiłem spróbować na gumę. Może miękka przynęta go nieco ośmieli?
Wybrałem dwa modele. Pływającą żabę i długiego pijawkopodobnego robala. Zacząłem od żaby. Żaba była naprawdę spora. Rzuciłem pod przeciwległy brzeg odnogi i lekko potrząsając szczytówką pozwoliłem jej spłynąć skośnie w poprzek leniwego nurtu. Żaba kolebała się jak żywa, kolebała, aż dokolebała się do zatopionej gałęzi.
Wir wody, ugięcie szczytówki, zacięcie i luz. Nawet nieszczególnie się zdziwiłem. Wyciągnąłem z wody resztki żaby i wróciłem do domu.

Następnego dnia zameldowałem się z robalem. Robalowi założyłem nieco przyciężką główkę, żeby rył po mulistym dnie dodatkowo podniecając szczupaka. Rzut daleko za gałąź, kilka wolnych zakręceń korbką i... to co zwykle. Zszedł.
Psia go mać! Żeby tak mnie za nos wodzić!

W następny łykend nad wodę nie zawitałem. Pod koniec tygodnia przeszło oberwanie chmury, woda w rzece podniosła się i grzęzawisko nad odnogą zamieniło się w prawdziwe bagno. Poza tym czekałem na woblerka. Zamówioną płotkę dostałem w czwartek. Śliczniutka, jak żywa. Płytko schodząca, agresywna akcja. Dokładnie to, o co mi chodziło.
Zmieniłem taktykę. Poprzednio zaznaczyłem na żyłce odległość od mojego miejsca do zanurzonej gałęzi. Teraz za trzciny wystawiłem tylko szczytówkę spinera i pozwoliłem płoteczce swobodnie popłynąć na z góry założoną odległość. Zamknąłem kabłąk.
Woblerek nie zdążył chyba nawet zejść na te swoje dziesięć centymetrów, gdy poczułem uderzenie. Tym razem siadł! Nie miał za bardzo gdzie walczyć, więc hol był krótki. Podebrałem go ręką za kark, przy okazji nabierając w wodery cuchnącego szlamu.
Nie był taki duży, na jekiego wyglądał na początku. Może półtora kilo. Był za to przeraźliwie chudy. Kotwiczka tkwiła w zewnętrznej części pyska. I inaczej nie mogła, ponieważ mój szczupak dotknięty był dziwną deformacją. O ile dolna szczęka była normalna, o tyle górna nie stanowiła nawet 1/3 swojej normalnej długości.

Wyjaśniła się tajemnica pustych podbić. Bez górnej szczęki szczupak miał bowiem znikomą skuteczność chwytu. Przypomniałem sobie, że żaba zmasakrowana była zębami tylko po swojej brzusznej stronie i stało się teraz jasne, dlaczego. Szczupak bił w każdą przynętę, ponieważ przez swoją ułomność był prawdopodobnie cały czas głodny. To też było powodem jego wychudzenia.
Wypuściłem bidulę z powrotem do wody. To przecież był mój znajomy. Kolega niemalże. Zmusił mnie do niezłego główkowania. Odpłynął leniwie pod swoją gałąź, jak gdyby nic się nie stało.

Mniej więcej po roku podkusiło mnie, żeby iść tam jeszcze raz. Przdarłem się przez trzcinowisko i posłałem rippera pod gałąź. Wziął. Nawet nie zacinałem. Od kilku lat nie łowię już szczupaków, ale mam nadzieję, że mój chuderlawy znajomy siedzi pod tą swoją gałęzią.

Dyskusje i recenzje

Schowaj teksty   
   

Jeszcze się rozmnoży albo nie daj boże z boleniami skrzyżuje i już psińco połowimy
A jak wiesz gdzie on mieszka to byś przynajmniej kukurydzą go dokarmił, miej litośc dla głodnych zwierzaków...

Początek

Primum non nocere

Dobrze napisane i w dobry czas! Z przyjemnością się czyta. Czekam na następne.

Początek

Bardzo dobre opowiadanie i dobrze, że teraz go puściłeś.
Pobudza do rozmyśleń...

Początek

 
RSS 2.0
PDF
E-mail do moderatorów Wersja drukowalna - Sklep Wędkarski ŻBIK Pomoc Błędy Księga Gości
Reklamy Krokus: Forum wędkarskie

Wielki Portal Wędkarski "Rybie Oko" ma charakter otwarty (podobnie jak Wikipedia), każdy może zgłosić chęć współpracy przy jego budowie, obsłudze, zarządzaniu i zostać Moderatorem. Również każdy, kto ma ochotę stać się współtwórcą Rybiego Oka, może wybrać sobie własną grządkę do uprawiania i wspólnie z innymi czynić ją zgodną z własną wizją. Może uczestniczyć w rozwoju konkretnego istniejącego już działu wędkarskiego (np.Filmy, Fotografie, Sprzęt, Humor, Wody, Łowiska, Linki, itp.) lub też stworzyć całkiem nowy. Jeśli lubisz wędkarstwo i pragniesz zostać współtwórcą Rybiego Oka wypełnij ten Formularz listu E-mail i napisz w nim czym chcesz się zająć, i dlaczego właśnie Ty. Aktualne gremium adminów i moderatorów zadecyduje, czy zasługujesz na taką rolę, jeśli jednak masz chęci i choć nieco wiesz o wędkarstwie zapewne masz duże szanse :).