Lewe menu

Filtry

Komentarze

Humor»

Ocena: 5 Ilość ocen: 1

Sypialnia

- Kochana, dlaczego do naszej sypialni wstawiłaś ten duży wieszak?
- pyta mąż żonę.
- Bo chciałam, aby w naszej sypialni wreszcie coś stało...

Sypialnia
  • Obecnie 5 z 5.
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Ocena: 5/5 (1)

Dziękujemy za Twoją ocenę!

Ty już oceniałeś/aś tę stronę, oceny można dokonywać tylko raz!

Twoja ocena została zmieniona, dziękujemy za ocenę!

Hyde Park»

Komercja

Temat rzeka i rzecz gustu,
Lecz jak słyszę te przechwałki,
Sztuka od ziemi do biustu,
Smutne te Wasze kawałki.

więcej...

Komercja
  • Obecnie 4 z 5.
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Ocena: 4/5 (1)

Dziękujemy za Twoją ocenę!

Ty już oceniałeś/aś tę stronę, oceny można dokonywać tylko raz!

Twoja ocena została zmieniona, dziękujemy za ocenę!

Rybie Oko/Artykuły/Sprzęt/Echosonda - pierwszy kontakt 

Echosonda - pierwszy kontakt

Ocena: 0 
Ilość ocen: 0 
 Ilość wyświetleń: 4345 
Komentarzy: 0 
ID: 14768 
Węzeł: 11241 

Społeczność ludzka jest związana wodą od zarania swojego istnienia. Morze, rzeki, jeziora zawsze były miejscem, w którym zdobywało się pożywienie. Były także drogą, szlakiem komunikacyjnym. Na początku łowiono ryby, które było widać. Łapano je rękoma, głuszono kijami, przebijano ościeniami, przeszywano strzałą z łuku. Nie tylko wzrok służył do penetracji podwodnego świata. Dłonie włożone pod kamień, między korzenie, w wymytą burtę także dostarczały doświadczeń oraz pożywienia. Zmysłem, który pozwalał na schwytanie ryby stał się dotyk.

Dla poruszających się po wodach łodzi, statków, okrętów największym niebezpieczeństwem była zawsze ziemia. Ta ukryta, czatująca pod powierzchnią. Ponad połowa katastrof morskich i niemal wszystkie rozgrywające się na wodach śródlądowych, wywołane zostały przez niewidoczne gołym okiem podwodne przeszkody. Statki roztrzaskiwały się na rafach koralowych, na skałach, łodzie rozbijały się o zatopione drzewa, kamienie, grzęzły bądź wywracały się na piaszczystych mieliznach.
Stopy wody pod kilem - tymi słowami od stuleci żegnano żeglarzy opuszczających macierzystą przystań. Dla marynarza najważniejszym urządzeniem nie był log określający prędkość jednostki, nie sekstans pozwalający wyznaczyć pozycję, a sonda, dzięki której dało się tę stopę wody pod kilem zachować. Pierwszą sondą był kij, którym odpychano łódź od dna. Wiosła łodzi pychowych - śmieją się inżynierowie projektujący urządzenia high technology - są autentycznymi przodkami nowoczesnych echosond. Te ostatnie, zbudowane z najnowocześniejszych materiałów, wypchane procesorami, pełne ciekłych kryształów, półprzewodników działają tak, jak wiślany rybak sprzed kilkuset lat. On co pewien czas wysyłał impuls długą żerdzią, dotykał dna okutym piórem wiosła... I wiedział, jak głęboko jest pod łodzią. Przez całą drogę był w pełnym kontakcie z dnem.
Dokładnie to samo czyni elektroniczna echosonda: Jedyną różnicę stanowi narzędzie, którym maca się dno. To już nie długi patyk, a ultradźwiękowy sygnał. Ludzka zabawa w nietoperza, w delfina, w wieloryba. "Pik-pik" - emitowany z przetwornika sygnał biegnie w głąb wody, odbija się od dna i powraca do transduktora.
Przetwornik jest urządzeniem nadawczo-odbiorczym działającym na zasadzie radaru: sygnał, a raczej wiązka wielkiej liczby sygnałów, odbicie od przeszkody, powrót części. impulsów do odbiornika i przetworzenie ich na obraz na monitorze.
Ale zanim do tego doszło sondowano wodę wiosłem, ciężarem zawieszonym na lince. Przede wszystkim po to, by nie zetknąć się dnem statku z lądem ukrytym pod powierzchnią.
Od tysięcy lat ryby stanowią ważką pozycję w ludzkiej diecie. Od zawsze marzeniem rybaków było zaglądanie pod wodę, wypatrzenie ryb. Konstruowano najprzeróżniejsze urządzenia. Do dziś wędkarze używają w czystych wodach rury ze szklaną szybką, dzięki której zobaczyć można podwodny świat.
Pierwsza rybacka sonda powstała bodaj w dziewiętnastym wieku. Dokładnie nie wiadomo gdzie. Służyła rybakom łowiącym w toni morza, określała głębokość, na jakiej przemieszczają się ławice ryb pelagicznych (żyjących w toni). Była to mocno obciążona linka, na której co stopę (ok. 30 cm) zawiązywano przypon z przynętą. Po ściągnięciu takiej sondy i obejrzeniu złowionych ryb łatwo już było wywnioskować, na jakiej głębokości należy prowadzić sieci.
Nie jest to sprawa obca wędkarzom - ustalenie na jakiej głębokości przebywają ryby jest pierwszym krokiem, który uczynić musi na przykład małoletni łowca uklejek. Czasami kilka centymetrów różnicy decyduje o wynikach.
Ale wielkoprzemysłowe rybactwo to nie jest przesuwanie spławika, wykrycie ławicy ryb w oceanie to nie szukanie uklejek w pobliżu wczasowego pomostu.
Jak z większością wiekopomnych wynalazków bywa, hydrolokacja nie powstała w dobrej wierze, zrodziła ją wojna i chęć zabijania innych ludzi. Na lądzie narodził się radar; pod wodą asdic (azdyk). Na łodziach podwodnych i na. niszczycielach już podczas pierwszej światowej ważką rolę spełniali hydroakustycy - specjaliści od podsłuchiwania dźwięków rozchodzących się pod wodą. Na początku byli to wyłącznie nasłuchowcy -- potrafili określić kierunek, odległość nieprzyjacielskiej jednostki po szumie śrub napędowych. Dochodzili do takiej wprawy, że słyszeli odbijania się fali od kadłuba niszczyciela z zastopowanymi silnikami. Spece na kontrtorpedowcach natomiast potrafili usłyszeć dźwięk mutry upadającej na podłogę ludzi podwodnej, szczęk odblokowywanego peryskopu, a nawet kaszel zagrypionego podwodniaka.
To właśnie oni odkryli, że wielkie ławice ryb emitują słyszalny przez człowieka dźwięk. Skończyła się wojna i akustycy znaleźli zatrudnienie we flotyllach trawlerów. Udoskonalano odbiorniki, w dno statków wmontowywano coraz precyzyjniejsze mikrofony.
I pewnie do dziś dnia podsłuchiwano by ławice ryb, gdyby nie... kolejna wojna. Niszczycielom łodzi podwodnych nie wystarczyło nasłuchiwanie. Komenda "cisza na okręcie!" potrafiła jednostkę kryjącą się w toni uczynić niesłyszalną. Wynaleziono asdic - urządzenie emitujące fale akustyczne o częstotliwości od 3 do 50 kH, a więc słyszalne dla ludzkiego ucha. Pik-pik - emitował nadajnik azdyka, pik-pik - odbijało się echo od kadłuba U-boota i powracało do odbiornika oraz do uszu nasłuchowca. Podwodniacy zamierali ze strachu, gdy z ich okrętu robiło się wielkie pudło rezonansowe... Podobno sygnał był słyszalny niemal fizycznie, dotknięcie ściany opuszkami palców pozwalało wyczuć dotykiem ,;piknięcie" asdyka emitującego sygnał z podkładu kontrtorpedowca.
Potem znów wojna się skończyła i tajemnice wojskowe przekazano cywilom. Bierna hydroakustyka przekształciła się w czynną, ludzkie ucho zamieniono na przetworniki wykreślające na przesuwającym się papierze obraz odbieranego echa. Ławice ryb stały się widoczne.
Potem słyszalne sygnały zastąpiły ultradźwięki (znów wojskowi), a ryzy papieru - monitory oscyloskopowe i w końcu ciekłokrystaliczne. Na początku urządzenia hydrolokacyjne zajmowały sporą kabinę operacyjną, potem zmniejszyły się do rozmiarów trzydrzwiowej szafy, kufra, by po latach zamknąć się w malutkiej skrzynce. I jak to z wynalazkami bywa, echosonda przebyła normalną dla postępu drogę: armia - przemysł - osoba prywatna.
W roku 1995 na wielu jachtach żaglowych pływających po jeziorach mazurskich zamontowane były na stałe echosondy. Żeglarzy mniej interesowały ryby - wystarczyło odczytywanie głębokości, włączenie tzw. alarmu płycizny (shallow alarm), które zapobiegało zawadzeniu mieczem czy kilem o dno.
Sporo też było sond na motorowych łodziach wykorzystywanych do wędkowania. Spotykało się je na wiosłowych łódeczkach, a nawet na pontonach z pawężą do silnika. Widziałem na wet nowoczesną sondę trójwymiarową zamontowaną na plastikowym wysięgniku przez faceta spinningującego z ciągnikowej opony.

A jak wygląda pierwszy kontakt wędkarza z zakupioną właśnie sondą?
Na początku jest euforia... Pierwszy spłynięcie z piachu, włączony Fish ID z alarmem dźwiękowym. I z miejsca potrójne pikanie. Tuż przy plaży, zaraz na pierwszym spadzie przycupnęła wielka ryba. Pojedyncza, tuż nad dnem, za przerywaną linią roślin. Pewnie szczupak czyha na drobnicę przestraszoną przez kąpiących się ludzi.
Euforia trwa. Mikroprocesor wrzuca na ekran ideogramy ryb i rybek. Są tuż przy trzcinach, nawet sporo, potem pas, gdy emiter milknie... Między trzecim a piątym metrem - chodzi oczywiście o głębokość - ryb jest niewiele. Dużo ich natomiast pomiędzy piątym a siódmym. Warto trzymać się tej warstwicy. Przy dnie stadka sporych ryb, na metrze - tak sygnalizuje ID+ - grupki drobnicy. Pod nimi, co parę chwil, pojawiają się grupki średnich i nieco większych. Pewnie okonie z wielkim apetytem na ukleje, a może płocie wychodzące do planktonu.
Idziemy w poprzek jeziora, dno opada dość stromo. Przez ekran przesunęła się wielka ryba przytulona do dna na jedenastu metrach. Automat samoczynnie zmienił skalę penetracji. Od zera do dwudziestu. Coraz głębiej. Dno się fałduje, jest nierówne, pełne uskoków, pionowych linii, czarnych brył. Już dziewiętnaście metrów. Znów zmiana skali. Od zera do czterdziestu. Na trzynastym metrze wielkie stado średniaków. Alarm piszczy bez przerwy. Być może przepływamy nad ławicą sielawy. Ryba nie dla wędkarza, ale obserwacja fascynująca. Sonda rysuje ławicę coraz wyżej. Jest już na dziewiątym metrze. Przez ekran przemyka największy znaczek - może to szczupak, może sandacz obżerający się sielawami. Na tej głębokości, w tej odległości od brzegu musiał to być prawdziwy potwór. Drapieżniki żerujące na ławicach sielawy osiągają niewiarygodne rozmiary.
Pierwszy rekonesans z sondą odbywamy bez wędek. Znajomi z ośrodka twierdzą, że w Bełdanie nie ma już ryb, że padły ofiarą rybaków i kłusowników. Dominują podleszczaki - ledwo wymiarowe leszcze chude jak żyletki, z rzadka trafia się płoteczka. Żywca pożerają maleńkie szczupaczki lub chodzi on na haku przez wiele godzin. Miejsca pewne przed kilku laty, słynna podwodna górka za Mysią Wyspą, blat przed Zatoką Wygryńską, Linowy Rękawek na przeciwległym brzegu zioną beznadzieją.
Wszędzie albo pusto albo gryzą podleszczaki. Dużego okonia bardzo mało, węgorza brak zupełny... Tak mówią ludzie...
Echosonda tymczasem piszczy jak opętana. Robi się płycej. Wpływamy nad znaną od lat górkę. Tutaj zawsze gromadziły się potężne stada leszczy, grubych, pokrytych śluzem dwukilowców, trafiała się płoć pod pół kilo, zdarzał się garbaty okoń i trzykilowy szczupak.
Ryby są, ale nie w spodziewanej ilości. Wielkość też nie zachęcająca. Dziwi brak roślin i twarde dno. Przecież pięć lat temu była to podwodna dżungla połykająca haczyki i błystki. Nasze doświadczenie każe nie wierzyć elektronice. Jaki brak roślin, jakie twarde dno? Szukamy szczytu górki i na trzech metrach spuszczamy kotwicę. Sonar nie łże. Kotwica wyciąga garść nędznego wodnego mchu. Szukamy potem znajomego dołu - w pięciometrowym zagłębieniu na górce wśród mułu zawsze buszowały leszcze. Dół jest, ale nie ma w nim ryb. Kolejne zdziwienie - w dole twarde dno, a przecież tutaj zawsze były problemy z wyrwaniem kotwicy z osadów.
Znów nam trudno uwierzyć w informacje przekazywane przez sondę...
Sonar nie kłamie - ciężarek stuka o piach i bez trudu odrywa się od dna. Co jest?
Słońce coraz wyżej. Już nieźle grzeje. Zaraz pojawią się winowajcy. Już są. Tuż przy górce biegnie farwater.
Pięć lat temu wędkarze też narzekali na motorówki. Nie wiedzieli jednak, co ich czeka. Wówczas sensację i przekleństwa kolegów po kiju wywoływał ślizgacz z trzydziestokonnym silnikiem Mercury - dziś jacht motorowy z dwulitrowym Johnsonem przelatuje co pół godziny, zaś pięćdziesiąt koni ma lada jaka skorupa. Falowanie wywołane przez te spalinowe potwory zmiotło z górek i płycizn podwodne łąki rogatka, tylko gdzieniegdzie utrzymał się mocniejszy wywłócznik i tęga rdestnica. Cofnęły się nawet o pół metra trzciny, powyrywało grążele, zanikł zupełnie grzybień.
Cóż, to zupełnie nowe jezioro, ryby musiały zmienić miejsce pobytu. Dobrze, że mamy z sobą sondę. Pokazała nam, że jest prawdomówna. Ryby będą nasze!
Rozczarowanie przyszło następnego dnia. Naczytawszy się literatury political-fiction, różnych "Polowań na Czerwony Październik" i innych fantazji o wojnie podwodnej, liczyliśmy na to, że nasza sonda pozwoli nam stanąć nad wielką rybą, wycelować w nią nasze torpedy... tfu, zestawy czy spinningi, i za parę minut musimy mieć rybę na haku. Tymczasem nieczułe urządzenie chwytało w ultradźwiękową wiązkę rybi grzbiet, zaznaczało go na ekranie, wypisywało głębokość, na jakiej się znalazło. I nic więcej. Nie wiedzieliśmy czy ryba stoi; czy płynie, w którą porusza się stronę...
Poprzedniego dnia dostaliśmy technologicznego amoku. Niemal zupełnie zapomnieliśmy o tym, że jesteśmy wędkarzami, skądinąd niezłymi, doświadczonymi, wręcz tak układającymi sobie życie, by praca i dom nie przeszkadzały nam w oddawaniu się swej pasji. Łowiliśmy ryby od zawsze, czytaliśmy każdą literaturę dotyczącą wody i stworzeń ją zamieszkujących. I daliśmy się omamić komputerowej ułudzie...
A przecież nawet hydrolokatory na atomowych łodziach podwodnych, urządzenia, ba, całe systemy urządzeń kosztujące dziesiątki milionów dolarów, nie są w stanie precyzyjnie zlokalizować przeciwnika i wojskowi muszą swoje torpedy wyposażać w komputery samonaprowadzające.. A my chcieliśmy za tysiąc złotych z ogonkiem liczyć rybie łuski...
Polak lubi przeginać wajchę - nasze rozczarowanie było tak ogromne, że zaczęliśmy echosondę uważać za urządzenie przydatne jedynie do zarzucania kotwic. Ot, mamy dziesięć metrów linki, więc nie ciśniemy ich na jedenastometrowej głębi...
Zrozumienie, do czego naprawdę służy echosonda, jak bardzo może być pomocna wędkarzowi, przyszło dopiero później. Dzięki niej mogliśmy przecież dokładnie określić strukturę dna, przy odrobinie doświadczenia dało się nawet precyzyjnie określić, co za roślinność je porasta... Wiedzę o tym, nad jakim dnem lubią przebywać konkretne gatunki już posiadaliśmy. Dzięki sondzie mogliśmy odnaleźć termoklinę - styk dwóch temperatur wody, miejsce gromadzenia się gatunków bytujących w toni czy toń odwiedzających. Dopiero po dwóch tygodniach eksperymentów pojęliśmy, że echosonda współdziała z ludzką wiedzą - więcej powie wytrawnemu wędkarzowi, człowiekowi zainteresowanemu przyrodą, niźli komuś kogo podwodne życie mało obchodzi, dla którego liczyć się przede wszystkim ryba w siatce. To sprzęt dla ludzi rozumnych, chłonnych i lubiących się uczyć rzeczy nowych: Dla leniwych są łowiska specjalne. Tam sonda jest niepotrzebna.
Zresztą i na łowisku specjalnym, bodaj w karpniku Elektrociepłowni Siekierki widziałem szaleńca z echosondą. Nie było w pobliżu łódki, którą można by było wypłynąć na ten mikroakwenik. Wędkarz, wiadomo, pomysłowa bestia - skombinował skądsiś pięciometrową żerdź, przykleił plastrem przetwornik i jeździł tym urządzeniem po stawie niczym facet łowiący dafnie.
Cóż, taka to już potęga techniki. Coś ponoć na ekranie zobaczył...

Dyskusje i recenzje

Schowaj teksty   
   
 
RSS 2.0
PDF
E-mail do moderatorów Wersja drukowalna - Sklep Wędkarski ŻBIK Pomoc Błędy Księga Gości
Reklamy Krokus: Open source ERP i CRM - OpenERP - obecnie nazywany Odoo

Wielki Portal Wędkarski "Rybie Oko" ma charakter otwarty (podobnie jak Wikipedia), każdy może zgłosić chęć współpracy przy jego budowie, obsłudze, zarządzaniu i zostać Moderatorem. Również każdy, kto ma ochotę stać się współtwórcą Rybiego Oka, może wybrać sobie własną grządkę do uprawiania i wspólnie z innymi czynić ją zgodną z własną wizją. Może uczestniczyć w rozwoju konkretnego istniejącego już działu wędkarskiego (np.Filmy, Fotografie, Sprzęt, Humor, Wody, Łowiska, Linki, itp.) lub też stworzyć całkiem nowy. Jeśli lubisz wędkarstwo i pragniesz zostać współtwórcą Rybiego Oka wypełnij ten Formularz listu E-mail i napisz w nim czym chcesz się zająć, i dlaczego właśnie Ty. Aktualne gremium adminów i moderatorów zadecyduje, czy zasługujesz na taką rolę, jeśli jednak masz chęci i choć nieco wiesz o wędkarstwie zapewne masz duże szanse :).