Lewe menu

Filtry

Humor»

Ocena: 1,5 Ilość ocen: 3

Kierowca

- Powinienem zwolnić swojego kierowcę, mówi minister do żony.
- Jeździ jak wariat, już piąty raz ledwo uszedłem z życiem...
- Daj mu jeszcze jedną szansę!

Kierowca
  • Obecnie 1,5 z 5.
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Ocena: 1,7/5 (3)

Dziękujemy za Twoją ocenę!

Ty już oceniałeś/aś tę stronę, oceny można dokonywać tylko raz!

Twoja ocena została zmieniona, dziękujemy za ocenę!

Hyde Park»

A miałem jechać na nockę.

Diablo jest mistrzem. Diablo jest wielki.
W górę kieliszki, szampan bąbelki.
Co za technika, jaka finezja,
Krzyśka potyczki sama poezja.

Taniec na nogach, sierpy,uniki,
zachwyca speców, zero krytyki.
Końcowy gong i ręce w górę.
Diablo zwycięża. Diablo jest królem.

Diabli z zasiadką, diabli z rybami,
Diablo championem, Diabla się chwali.
Puściły nerwy już się skończyło.
Zaraz chwileczkę, to mi się śniło?

Mamy mistrza czy nie?
  • Obecnie 4 z 5.
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Ocena: 4,2/5 (19)

Dziękujemy za Twoją ocenę!

Ty już oceniałeś/aś tę stronę, oceny można dokonywać tylko raz!

Twoja ocena została zmieniona, dziękujemy za ocenę!

Rybie Oko/Artykuły/Środowisko/Moja wierna rzeka. 

Moja wierna rzeka.

Ocena: 6 Ilość ocen: 3Ocena: 6 Ilość ocen: 3Ocena: 6 Ilość ocen: 3Ocena: 6 Ilość ocen: 3Ocena: 6 Ilość ocen: 3Ocena: 6 Ilość ocen: 3  hit
Ocena: 6 
Ilość ocen: 3 
 Ilość wyświetleń: 5025 
Komentarzy: 3 
ID: 10143 
Węzeł: 8058 
Ryszard Siejakowski

Z archiwum RO.
Rzeka dla wędkarza, jest jak wierna żona. Wybaczy nawet zdradę.

WARTA. Typowa rzeka nizinna, biorąca swój początek na wyżynie krakowsko-częstochowskiej a kończąca swój bieg jako największy dopływ Odry. Całkowita długość 808 km. Rybostan charakterystyczny dla rzek nizinnych. .Mało zanieczyszczeń o charakterze przemysłowym natomiast znacząco zanieczyszczona ściekami komunalnymi i pochodzenia organicznego. Średnia klasa czystości "2" z tendencją do poprawy. Nazwa Warty wymieniona w Hymnie Polski obok Wisły.

Wartę pierwszy raz zobaczyłem, gdy miałem pięć lat i pojechałem z rodzicami na popularną w tym czasie majówkę. To nie były czasy takich słów jak weekend, eskapada czy wycieczka krajoznawcza. Wtedy wszyscy jeździli na majówkę, czyli majową wyprawę nad rzekę, jezioro czy do lasu. A maje wtedy były prawdziwie majowe. Ciepłe, pyszniące się feerią zieleni, oszalałe pełnią kwitnących drzew. Rzeki też były jakieś inne, bo i woda nie cuchnęła fenolem, i pływali w nich wszyscy, oprócz tych, którzy pływać nie potrafili. Co paręnaście kilometrów były przeprawy promowe, a tam gdzie ich nie było wystarczyło głośno zawołać "podaj łódkę" i można się było przeprawić na drugą stronę. Warta mego dzieciństwa też była taka. Do dzisiaj wspominam, gdy nurkując w wodzie, widziało się stada ryb czy piękne okazy raków. Dorastałem już lat nastu, gdy złapał mnie bakcyl wędkarstwa i już nigdy nie opuścił. Pamiętam moją pierwszą prawdziwą wędkę z leszczyny, specjalnie wybranej i wysezonowanej. Trzyczęściowy kijek pomalowany na czarno z mosiężnymi tulejkami był jak mercedes z chromowanymi detalami. Wyposażony w malutki kołowrotek z ruchomą szpulą był moją dumą i obiektem zazdrości rówieśników. To były dobre lata dla wędkarzy, chociaż ja łowiłem tylko płotki, krasnopiórki czy podleszczaki. Złapane nizałem na gałązkę i tak przyozdobiony dumnie wracałem do domu. Łowiłem te swoje rybki w centrum miasta na ostrogach rzecznych. Gdy dzisiaj młodym mówię, że w środku 400 tysięcznego miasta były ostrogi z faszyny i zieleni to, co poniektórzy znacząco pukają się w czoło, znając rzekę z wybetonowanych i ujarzmionych brzegów. Ale ona taka była, pyszna bogactwem otaczającej zieleni i rybna jak sto diabłów. Jak zauroczony patrzyłem na opasłe cielska kleni, zwanych potocznie klonami, przytulonych do ceglanego muru starego portu rzecznego. To były ryby dla fachmanów wędkarstwa a nie dla ćwików. Żyłki, dwudziestki piątki, strzelały jak nici a na grubsze nie dawały się cwaniaki nabrać. Tu już trzeba było mieć dar Boży, aby takiego kloca wyholować. A gdy certa wędrowała na tarło, to brzegi rzeki były obstawione przez wędkarzy jak w czasie pochodu pierwszomajowego. Gdzie tam nam młodzikom starszyzna pozwoliła by wejść na łowisko. Takie to były dziwne czasy. Wyrastałem z lat chłopięcych a rzeka się zmieniała. Najpierw rozwalono stare ostrogi zbudowane jeszcze przez Prusaków w czasie zaboru. Kolejnym zabiegiem było, na zupełnie przecież zdrowym pacjencie, dokonanie liftingu. Wyprostowano naturalny meander, skutecznie obkładając prostkę betonem. Wszyscy byli zachwyceni a najwięcej miejscowy kacyk partyjny. Za niewątpliwe zasługi budowlane, stosowny wnioseczek, i chlebowy był bankowy. A rzeka jęczała, przywalona brzemieniem tysięcy ton betonu. Tej nowatorskiej myśli nie doceniły niestety ryby, bo zamiast piaseczku i roślinek, zafundowano im szorstki, szary beton. Podwinęły swoje ogony i popłynęły kochać się w inne bardziej naturalne miejsca. Ale wyprostowanie rzeki miało też swoje "pozytywy". Zwiększyła się szybkość przepływu na odcinku miejskim i okazało się, że nie ma "pilnej potrzeby" budowania oczyszczalni ścieków komunalnych. Partia mogła przeznaczyć "zaoszczędzone" pieniądze na zakup najlepszych na świecie samolotów marki MIG i wspomóc cukrownictwo na Kubie.
Wtedy nie zdradziłem jeszcze swojej rzeki. Zacząłem odkrywać jej nowe fragmenty leżące w górę rzeki. Czas upływał nieubłaganie i nieubłaganie zmieniało się oblicze mojej rzeki. Pierwszy wstrząs nastąpił, gdy rodzina wypluła na talerz usmażonego leszcza. Majeranek i cebula nie były w stanie zabić słodko-ciężkiego smaku fenolu. Nawet najbardziej zdolna gospodyni domowa była bezsilna. Tego się po prostu nie dawało jeść. Przyszła matura, potem studia i wędki chwilowo poszły w odstawkę, ale rzeki nadal nie zdradziłem. Jeździłem od czasu do czasu, próbując z nią rozmawiać, ale była niema. Zaklajstrowana fenolami, ściekami, świństwami ropopochodnymi, bełkotała rozpaczliwie, odurzona ich potężną dawką. Zmutowane osobniki, wchłaniały w siebie, te różne paskudztwa dochowując się coraz bardziej skarlałego potomstwa. Paradoksem było, że nastąpiła chwilowa eksplozja drapieżnika. Stół, zastawiony różnorodnymi daniami, nie był może zbyt apetyczny, ale był nadal obfity. Nie trzeba się było uganiać za pokarmem, bo osłabione chemią ofiary stanowiły łatwą zdobycz. Zmieniłem dyscyplinę i przeszedłem na spinning. To była dopiero frajda. Nawet betonowe śródmiejskie koryto zaroiło się od szczupaków. Czasami wystarczyło pół godziny i dwa szczupłe lądowały w torbie. Ale nic nie trwa wiecznie. Tak jak w białorybie, tak i u drapieżnika coś się zmieniło. Po chwilowej eksplozji nastąpiło równie gwałtowne załamanie. Co raz częściej wyprawy kończyły się totalną klęską. Ale nie tylko rzeka pogrążyła się w coraz większą niemoc. Kraj zaczął huczeć. Zrazu po cichutku a potem coraz głośniej, aby wreszcie z hukiem runęła i rozsypała się w pył paranoicznie chora doktryna o równych żołądkach i równych potrzebach. Zanim to wszystko runęło, zachowałem się jak gówniarz i porzuciłem swoją wierną rzekę, wpadając w objęcia frywolnych kochanek. Zdradziłem swoją wierną rzekę dla krótkotrwałych miłosnych przygód z jeziorami i zaporówkami. Tak jak kochanka potrafi oszołomić mężczyznę, tak ja wpadłem po uszy i zakochałem się w zaporówkach. To były krótkie miłosne przygody, pełne szaleństwa. Czerpałem całymi garściami, by po chwili rzucić i zmienić na inna partnerkę. Ale miłość krótkotrwała, szalona i bez zobowiązań, przeważnie kończy się tak, jak się rozpoczyna. Po chwilowym oszołomieniu, przyszło otrzeźwienie. Dotarło do mnie, że być może bezpowrotnie coś straciłem. Wróciłem do swej wiernej rzeki, a ona jak wyrozumiała żona, wybaczyła mi moje zdrady i przygarnęła. Postarzeliśmy się oboje. Nie jesteśmy już tacy piękni i młodzi jak raniej, ale staliśmy się sobie bliżsi i bardziej wyrozumiali. To cecha dojrzałości, że nie rażą drobiazgi. Rozmawiamy sobie cichutko i cieszymy się jak dzieci, każdą oddaną oczyszczalnią, każdym działaniem ku lepszemu. Czasami jak podlotek, śmieje się i pyta:- Jak ci się podoba mój nowy zapach? A ja zdziwiony odpowiadam. Jaki zapach? Przecież nic nie czuję! No właśnie, no właśnie, to moje nowe „perfumy” głuptasie. A potem dodaje jeszcze- pamiętaj: "tam dom twój, gdzie serce twoje". Kocham Cię, moja Warcinko, moja wierna rzeko.

Dyskusje i recenzje

Schowaj teksty   
   

Powiem tyle.Piękne.Bardzo mi się spodobało.Gratuluję i pozdrawiam

Początek

Każdy chyba z nas ma tą swoją jedną, jedyną rzeczkę do której się wraca i wspomnieniami i w rzeczywistosci...
Człowiek jest jakoś tak beznadziejnie skonstruowany, że bez wspomnień nie da się żyć.
Takie artukuły pobudzają wyobraźnie, przywracają dawny czas. To jest potrzebne...

Początek

Primum non nocere

Przepięknie napisany romans wszechczasów.
Znam Wartę co nieco i lubię na niej wędkować. Najpiekniejsze wspomnienia "rzeczne" mam z niej właśnie- pod Sieradzem i w ... Santoku. Bardzo chciałabym wrócic do Santoka właśnie.

Początek

 
RSS 2.0
PDF
E-mail do moderatorów Wersja drukowalna - Sklep Wędkarski ŻBIK Pomoc Błędy Księga Gości
Reklamy Krokus: Sprzęt wędkarski

Wielki Portal Wędkarski "Rybie Oko" ma charakter otwarty (podobnie jak Wikipedia), każdy może zgłosić chęć współpracy przy jego budowie, obsłudze, zarządzaniu i zostać Moderatorem. Również każdy, kto ma ochotę stać się współtwórcą Rybiego Oka, może wybrać sobie własną grządkę do uprawiania i wspólnie z innymi czynić ją zgodną z własną wizją. Może uczestniczyć w rozwoju konkretnego istniejącego już działu wędkarskiego (np.Filmy, Fotografie, Sprzęt, Humor, Wody, Łowiska, Linki, itp.) lub też stworzyć całkiem nowy. Jeśli lubisz wędkarstwo i pragniesz zostać współtwórcą Rybiego Oka wypełnij ten Formularz listu E-mail i napisz w nim czym chcesz się zająć, i dlaczego właśnie Ty. Aktualne gremium adminów i moderatorów zadecyduje, czy zasługujesz na taką rolę, jeśli jednak masz chęci i choć nieco wiesz o wędkarstwie zapewne masz duże szanse :).